Dotyk deszczu

Ocena: 
0
Brak głosów

Wicher szalał wokół klifu. Przeganiał siekące deszczem stalowe chmury i szalejące w dole morskie fale, naginał do ziemi wątłe trawy rosnące na szczycie, zawodził potępieńczo w szczelinach skał.

Tuż przy krawędzi urwiska stało dwóch mężczyzn.

- Nie pozwolę ci skoczyć, Ignis - postawny czarnobrody mężczyzna bez trudu przekrzyczał huczący wiatr. Deszcz ściekający z brunatnego płaszcza tworzył wielką błotnistą kałużę.

Drugi, młodzieniec z płomiennorudą czupryną, zaśmiał się w głos. Mimo siekącej ulewy wydawał się być suchy. Rudych loków nie dosięgła ani jedna kropla.

- A co zrobisz? Powstrzymasz mnie?

- Jeśli będę musiał.

- Nigdy nie byłeś mi przyjacielem, Terr. Niszczyłem wszystko to, co ty stworzyłeś. Skąd ta nagła troska?

- Nigdy nie życzyłem ci śmierci.

- Mnie jest wszystko jedno, więc czemu tobie nie może być także? Nie chcę dłużej być tym, czym się stałem. Chcę w końcu poczuć jej dotyk na mojej skórze, rozumiesz? Dotyk jedynej kobiety, której pragnę, a której dotknąć nie mogę. - Uniósł dłoń. Zacinające krople znikały z sykiem tuż nad jego skórą. - Widzisz? Tak blisko, prawie, ale nigdy do końca. To może doprowadzić do obłędu - zachichotał.

- Zostawisz ją ze świadomością, że to ona zadała ci ten cios. Tego chcesz? Nie rań jej, skoro tak bardzo ci zależy.

- Zawsze racjonalny Terr. Niewzruszony jak te skały. - Chłopak spoważniał. - Mam już dość, rozumiesz to? Chcę czegoś dla siebie! Chcę jej, choć przez chwilę! Odsuń się.

- Ignis…

- Odejdź. Albo zostań, wszystko jedno. Ja zdania nie zmienię.

Czarnobrody skinął głową ze smutkiem.

- Niech będzie - wyszeptał i klasnął w dłonie.

Ziemia pod jego stopami zafalowała tworząc błotniste bąble. Pękały z głośnym mlaśnięciem uwalniając wypełzające ze środka poczwary. Niektóre na dwóch nogach, inne na pięciu, jeszcze inne pełzające wśród traw. Wszystkie toporne, zrodzone z ziemi i skał. Otoczyły rudego młodzieńca.

Wiatr wstrzymał oddech.

Jak na komendę monstra zacieśniły krąg. W ich wnętrznościach zrodził się rumor, podobny do odległego łoskotu burzy. Z chrobotem, powłócząc nogami zbliżały się do chłopaka.

Ten rozłożył szeroko ramiona i odchylił głowę. Odetchnął głęboko.

- Tańcz, Ogniu, tańcz...

W jego dłoniach błysnęło oślepiające światło i palce rozjarzyły się migotliwym płomieniem. Ruszył do ataku.

Kąsał z prędkością błyskawicy, gdzie nie dotknął, tam glina wysychała i kruszyła się, kamienie upadały w błoto. Krople deszczu z sykiem zamieniały się w parę. Ale glinianych potworów było zbyt wiele, pojawiały się kolejne, pokonane powstawały. Krąg zacieśniał się nieustępliwie, ogień bladł, wybuchy jasności były coraz rzadsze. Wreszcie ustały całkowicie.

Terr podszedł do miejsca walki. Gliniane stwory odsunęły się, tworząc szpaler prowadzący do środka. Czarnobrody wiedział, co zobaczy. Nie było innego wyjścia. Tylko tak można było zdusić ogień.

W samym środku kręgu stał kopiec. Świeżo usypana mogiła z gliny, błota i kamieni. Terr przyklęknął. Na jego jedno skinienie niewidzialna siła odsunęła grudy ziemi, odtoczyła głazy.

Chłopak leżał na plecach. Oczy miał zamknięte. Deszcz powoli zmywał ziemię z jego twarzy, moczył włosy. Dłonie spoczywały w zagłębieniach powoli wypełniających się lodowatą wodą.

Terr dotknął twarzy chłopaka. Na ustach rudzielca zastygł słaby uśmiech.

- Mam nadzieję, że zdobyłeś to, czego tak pragnąłeś. - Czarnobrody spojrzał w górę na burzowe chmury przewalające się nad urwiskiem. - Płacz, siostro, nad tym, który poświęcił wszystko dla jednego twojego dotyku.

Deszcz wzmógł się zalewając okolicę strumieniami wody.