Nocą

Ocena: 
9
Average: 9 (1 vote)

Przy najlżejszym ruchu powietrza drżę cały, jak gdyby dopiero wiatr uwydatniał moje wewnętrzne drżenie. Ale i gałęzie chwieją się lekko, a w takich gałęziach nikt mnie nie zauważy. Albo to będzie mój koniec.

          Siedzi na łóżku, wpatrzona w komputer jak w zaczarowane lusterko. Jej oczy są duże i nieobecne, lekko roześmiane, ale bez wyrazu. Martwe. I o ile tylko mogę się jeszcze czegokolwiek bać - to takich oczu się boję. Jej oczu.

          Ekran miga nieustannie i niebieskie światło gładzi jej twarz. Wygląda, jak gdyby spacerowała po brzegu laguny o najbardziej turkusowej wodzie, jakby słońce malowało na jej twarzy delikatne fale.

          Tylko te martwe oczy.

          Za godzinę, może dwie, zmęczy ją to nie-życie. Delikatnie odłoży laptopa na podłogę, potem prawą ręką wsunie go pod łóżko. Na chwilę wyjdzie do łazienki, tam, gdzie nie ma okien. A ja muszę widzieć, wtedy nie widzę i denerwuję się i czekam i minuty stają się godzinami a sekundy eonami i nikt o nią nie dba i nikt jej nie strzeże i gdyby wtedy miała umrzeć, to nic już nie pomoże, ja nie pomogę.

          Bo ja jej strzegę. Beze mnie dach by się jej zwalił na głowę, potrącił pierwszy samochód, a od rany najmniejszej wdałoby się zakażenie.

          Dłonią łapie za ekran, więc już się zaczyna. Już serce mi rwie w kawałki, przechodzi przez drzwi i znika. Na dach uciekam, ucho do dachówki przykładam i słyszę wodę jak strumień igieł wyrzucany z prysznicowej słuchawki. Skaczę w górę ze złości, ze strachu, że coś się stanie, a potem spływam w dół, do rynny, gdzie ciaśniej i bardziej przytulnie. Trzy razy na sam dół, po ścianie w górę i znowu, dla otrzeźwienia.

          Skrzyp. Na drzewo skaczę, do okna czym prędzej, jeszcze drzwi zobaczyć, zanim prawa stopa się wysunie z tej sali tortur.

          Żyje.

          Więc już sny zaplatam w warkocze, łączę wątki i sceny w nielogiczne całości. Zaraz zaśnie, a pierwszy sen już będzie gotowy. Dbam o nią z całych sił, żeby nigdy bezsennie spać nie musiała. Bo od jej radości moje skrzydła czarne dostają połysku. A gdy dzień przyjdzie, to z niej właśnie robię sobie tarczę od słońca. Do pierwszej szarugi, gdy wokół jej domu zaczynają się gromadzić te wszystkie nieszczęścia.

          We snach jej daję głównie uczucia. Ciepło, ciasno, miło. W sercu cieplutko. Fabuły szczątkowe, plecione na szybko, same twarze z odzysku i miejsca znajome. Niby nic specjalnego, ale lepszych snów nikt by jej nie zrobił. Ja dla niej, a ona dla mnie, we snach zanurzona.

          Kiedy śnić zaczyna, ja w końcu rosnę. Ramiona przeciągam i skrzydła próbuję. Głowę na boki zginam i strzelam z nadgarstków. Ale trzeba być czujnym.

          Drugi sen jeszcze nie całkiem zaśnił, gdy widzę pierwszego pasożyta. Z gatunku tych pospolitych, co jak larwa wygląda. Takich na pęczki, tylko zlecieć po cichu, od tyłu gdzie oczu nie ma, jedno pchnięcie pod łuskę dobrze wymierzone. Jednej nocy nawet siedem takich potrafi przypełznąć. Za siedem miłych snów, za siedem uśmiechów, siedem larw cuchnących legnie w ogródku.

          Bywają inne. Tych najbardziej nie lubię, do ludzi podobnych. Za późno rozpoznasz, do drzwi już zapuka, zbudzi ją ze snu tak misternego. A wtedy ostatkiem sił - radością jej jeszcze półsenną tylko, rozmarzenia odrobiną - dopadnę gada i na progu przepołowię. Muszę zdążyć.

          Jej coś stuka w okienko, grzejniki jęczą, jakby ktoś do drzwi pukał… Ale ja się staram. Bo i dla mnie kiedy sen się skończy, to niewiele już życia zostaje.

Byle do poranka, śpiąca królewno. We dnie nic ci nie grozi.

Odpowiedzi

Ode mnie tam dwa plusy dla autora, zarówno w kategorii 'podobało mi się', jak i w kategorii 'to wydaje się być dobre'.

I nic to, że się chyba minuty z sekundami miejscami zamieniły.

Ciekawe.