Żeby czerwy zjadły jajka

Ocena: 
0
Brak głosów

–  Panie! O, panie, hie, hie. Na tej ziemi, to wi pan. Nic nie urośnie.

–  Może jednak urośnie. Kolega geolog mówił, że to ziemie brunatne. Marchewka, może kalafior nawet, ale przy nim trzeba ponoć mieć doświadczenie. Chyba nie jest tak źle, bo…

–  Brunatne, nie brunatne – przerwał pan Tadek, spluwając na chodnik – mówię, że tu nawet rzeżucha nie porośnie, hie, hie. Taka moc, no. Taka moc.

–  Jaka moc?

–  No taka, zła. Ruścikowa ziemię panu za bezcen sprzedała, bo się spietrała, że znowu jej stary Mielak jeszcze gorsze gusła poczyni. Najpierw dzieci, potem ziemia – powiedział rolnik, kręcąc smutno głową.

–  Proszę pana, chciałbym, żeby wszystko się udało – Jarek mówiąc to, zaakcentował słowo ,,chciałbym”. W podręcznikach od NLP piszą, że jasna artykulacja potrzeb to narzędzie kreacji rzeczywistości.

–  A ja chciałbym, żeby czerwy zjadły jajka Kalisiukom, bo im się należy. Żebym był bogaty i w ogóle. A tu, patrz pan, ni chuja, hie, hie. Tu nic nie urośnie, panie.

Jarek miał marzenia. Kiedy skończył studia, chciał pracować w korporacji. Dostał pracę w dużej, zagranicznej firmie, zajmującej się coachingiem. Chciał kupić kawalerkę w centrum Warszawy, dorobił się kawalerki. Krok po kroku realizował plany życiowe – a to podróż do Japonii, a to nauka nurkowania. Przyszła pora na odważną decyzję, na prawdziwą tough call. Jarek kupił ziemię i postanowił zostać farmerem. Tak, farmerem, zdecydowanie nie rolnikiem. Rolnicy chlali po monopolach, płodzili dzieciaki jak króliki, uprawiali nędzne poletko, a potem sprzedawali za bezcen to, co wypluła ziemia. Farmer miał dużo ziemi, dużo zwierząt, gromadę podwładnych, takie baniaki, w których stoi zboże, jednym słowem: przedsiębiorstwo. Nagle zjawia się nowy sąsiad, pan Tadek, wyciera brudne buciska o marzenie Jarka i pieprzy trzy po trzy o złowieszczej sile. Jedną z pierwszych zasad coachingu jest: ,,Nieważne co inni mówią o tym, co robisz, ważne, jak dobrze to robisz”. Jarek uśmiechnął się serdecznie, podziękował za rozmowę i wszedł do nowego, odremontowanego domku z werandą. W pewien sposób rozumiał pana Tadka –  w końcu facet był tylko rolnikiem.

 

* * *

Ziemia obraziła się na Jarka. Od początku dawała jasno do zrozumienia, że nie życzy sobie współpracy z mieszczuchem. Co urosło, to więdło. Co więdło, błyskawicznie gniło. Smród wdzierał się do kuchni, łazienki, piwnicy. Przenikał ubrania, jedzenie, wszystko, co znajdowało się wokół pola. Jarek był cierpliwy, wiedział, że ,,miarą sukcesu jest nie poddawanie się czynnikom zewnętrznym, a generowanie sytuacji sprzyjających sukcesowi”. Dlatego też, nadal śmiejąc się w duchu z zabobonów, postanowił zrobić mały wywiad środowiskowy wśród sąsiadów.

–  Mielak? Był tu pono taki. Ja go widziałam, ale już jako trupa.

–  Czyli była pani na jego pogrzebie?

–  Nie – odpowiedziała cicho Kalisiukowa – widziałam go, jak jako upiór po pańskim polu łazi, jak jeszcze Ruścikowa na nim robiła. Dzień po tym zniknęły jej dzieci. Jedni mówią, że to jaki zboczeniec je zabrał, ale ja swoje wiem, że to stary Mielak.

–  Czemu się uwziął na poprzednią właścicielkę?

–  On ludzi nie lubił. Ponoć.

Pani Fabianicka też słyszała o Mielaku, ale nigdy nie widziała go żywego, a jeden z pijaczków przesiadujących przed warzywniakiem ,,Bożenka” wyznał, zaklinając się na wszystkie świętości, że nikt Mielaka nie znał, chociaż wszyscy o nim mówią. Po zmroku Jarek zaszedł do pana Tadka. Pukał kilka razy, ale w starej, rozsypującej się ruderze nie zastał nikogo. Wrócił do domu, położył się na łóżku i zaczął cowieczorną sesję autohipnozy. Tej nocy większą ulgę niż medytacja, przyniosła Jarkowi myśl, że miał rację. Niby od początku wiedział, że opowieści o duchu Mielaka są bredniami, ale teraz, kiedy upewnił się, że ma do czynienia z village legend, mógł spać spokojnie. Formułka, trzy wdechy, chwila relaksu, wydech. Po chwili Jarek zapadł w sen.

* * *

–  Że głupi niby jestem, bo chłop. Chłop swoje wie. No, hie, hie – szepnął pan Tadek, obserwując zza firanki oddalającego się Jarka. – O, tera znowu zaczyna napierdalać na mnie. Żem głupi, hie, hie. Ja mało widzę, ale dużo słyszę, skurwysynie. Wszystko słyszę! – pan Tadek krzyknął tak głośno, że aż przestraszył się, czy ktoś przypadkiem go nie usłyszał. Rolnik przywarł do ściany, po czym sunąc wzdłuż listew wrócił do kuchni.

–  Wszystko się da zrobić samemu, se myśli. Mundry się znalazł. Jak się potrafi, to wszystko się da, proste. Nawet, żeby te cholerne czerwy jajka zżarły. Ale to potem, to potem. I na Kalisiuków przyjdzie pora. Teraz jedno. Jak się zaczęło, to się kończy, nie? – pan Tadek zapytał sam siebie, drapiąc się przy tym po głowie, jakby wśród resztek włosów mieszkały hordy wszy.

Znajoma myśl przeszyła umysł pana Tadka. Skupił się, a po chwili zobaczył świat starymi, zmęczonymi oczami kipiącej ze złości istoty. Mógł zabić we śnie, ale postanowił zabawić się inaczej. Skoncentrował się znowu –  uwolnić dzieci, umysł dziecka, pamięć.

–  Porwał was ten mieszczuch, kochane. Porwał, coby mieć taniej ziemię. Szara 23. Policja. Idźcie.