Pan Śmieszek

Ocena: 
0
Brak głosów

– Nie jestem kotem!

– Tak, tak, panie Śmieszek, już to przerabialiśmy.

– Nie nazywam się Śmieszek! Jestem Henry Dalford Jr., wykładam filozofię na Uniwersytecie w Cambridge!

– A co pan ma napisane na plakietce przy obroży, panie Śmieszek?

– To wy założyliście mi tę cholerną obrożę!

– Bo miał pan pchły.

– Bo mnie trzymaliście w klatce z dziewięcioma innymi kotami!

– No, wreszcie do czegoś dochodzimy. Powiedział pan z ‘innymi’ kotami, panie Śmieszek?

– Doktorze Richardson…

– Doktorze Gibuś.

– Słucham?

– Proszę się do mnie zwracać per doktorze Gibuś.

– To jest jakiś obłęd!

– Owszem, pański. Czy moglibyśmy…

– Gibuś? Pan naprawdę uważa, że jest pan kotem?

– Panie Śmieszek, ja nie uważam, ja to wiem.

– A skąd pan to niby wie? Może panu się tylko wydaje, że pan wie.

            Doktor westchnął.

– Panie Śmieszek, proszę nie udawać, że się pan zna na filozofii.

– Bo się znam!

– Nie zna się pan, panie Śmieszek, bo panu się tylko wydaje, że jest profesorem filozofii.

– Co też pan plecie?

– A owszem. W rzeczywistości jest pan kotem salonowym pani Darcy.

– No doprawdy! A skąd ja niby wiem o imperatywie Kanta i psychoanalizie Freuda?

– A bo ja wiem? Ja wiem, co to jest samolot, ale to nie oznacza, że jestem pilotem.

– Pan wszystko sprowadza do absurdu!

– Proszę nie być takim małostkowym. Panie Śmieszek – podjął doktor po chwili – chciałem się dowiedzieć czegoś o pana dzieciństwie.

– Żądam innego lekarza.

– Słucham?

– Żądam innego lekarza. Z panem nie gadam.

– Panie Śmieszek…

– Nazywam się Dalford Jr.!  Żądam innego lekarza!

– No dobrze. Jak pan chce, ale to się dla pana źle skończy.

– O? A to dlaczego?

– Inni lekarze nie są tak mili jak ja.

– Zaryzykuję.

            Doktor ponownie westchnął i odwrócił się. Po chwili znów spojrzał na swojego pacjenta.

– Dzień dobry.

– Słucham?

– Dzień dobry.

– To, to ja wiem, ale po co pan mi to mówi?

– Kultura nakazuje się przywitać na początku spotkania, panie Śmieszek.

– Nie je… jakim początku spotkania?

            Doktor chrząknął.

– Doktor Gibuś powiedział nam, że zażyczył pan sobie innego lekarza. Jestem doktor Mruczek.

– Co też pan wymyśla? Pan się ledwo odwrócił!

– Panie Śmieszek, rozumiem, że żarty to pana domena, ale to nie czas na… żarty. Pański stan zdrowia to poważna sprawa.

– Ale pan to doktor Gibuś!

– Mruczek.

– No jak Mruczek, jak Gibuś! Znaczy Richardson!

– Aha! To ilu już lekarzy pana leczy, panie Śmieszek?

– Pan! Jeden!

– Panie, pan już trzy koty wymienił.

– Jakie koty?! Ja nie… a, haha, nie, nie, ja już widzę, widzę, co pan tu kombinuje.

– Tak?

– O tak, i nie zamierzam się złapać.

– Mhm. Panie Śmieszek, proszę mi opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

– Ależ oczywiście, doktorze Mruczek. Urodziłem się w Londynie. Tam też uczęszczałem do szkoły, kiedy…

– A tak naprawdę?

– To jest naprawdę!

            Doktor cmoknął.

– Mam tu napisane, że urodził się pan w miocie z sześcioma innymi kotami na poddaszu u pana Pimpley w Soho.

– Gdzie?

– Na poddaszu u pana Pimpley w Soho.

– Nie, gdzie ma pan to zapisane?

– O tu, na pana karcie pacjenta.

– Pan nie ma żadnej karty! Pan trzyma puste ręce w powietrzu!

– A może się panu tylko wydaje, że trzymam puste ręce w powietrzu?

– Ha! Pan myśli, że to było cwane, ale ja wiem, że ten komentarz wygłosiłem doktorowi Gibusiowi! Skąd pan by o nim wiedział, gdyby nie był doktorem Gibusiem, co?

– No cóż, mam to tu zanotowane, na karcie. Dobrze, dobrze, załóżmy, że nie mam karty, a tylko doskonały zmysł sytuacyjny. Tak lepiej? Czuje się pan z tym lepiej, panie Śmieszek?

– Nie, źle się czuję, prawdę powiedziawszy.

– A to czemu?

– Brzuch mnie boli.

– Denerwuje się pan? Czuje się pan w moim towarzystwie nieswojo?

– Tak i tak, ale przede wszystkim mam niestrawność!

– Zjadł pan coś ciężkostrawnego?

– Nie! Tylko karmicie mnie tym cholernym kocim żarciem od trzech dni, to mam wzdęcia!

– Bo nie chce pan robić kupy, panie Śmieszek.

– No gdzie niby? Przecież macie mnie pod stałą obserwacją, a tu nie ma toalety!

– Do kuwety, panie Śmieszek, do kuwety.

– Czy wyście powariowali?! Wy mi pranie mózgu chcecie zrobić! Jestem więźniem politycznym? No jasne! Wmówicie mi, że jestem kotem, a potem przyjdzie jakiś facet w czarnym garniturze i każe podpisać papiery, że niby brałem udział w jakimś zamachu bombowym! Ale nic ze mnie nie wyciśniecie, nie dam się!

– Panie Śmieszek, proszę się tak nie ekscytować, dostanie pan kolki. Proszę się napić.

– Co? Z miski mam chłeptać? No na pewno.

            Doktor pokręcił głową ze zrezygnowaniem.

– Nie ułatwia nam pan tego, panie Śmieszek.

– I chociaż to mnie cieszy.

– Wie pan co? Może przeprowadzimy mały eksperyment. Siostro, proszę wprowadzić Filutka.

– Boże! Jezu! Proszę go zabrać, on mnie zagryzie! Pan jest jakimś sadystą, psychopatą!

– Wystarczy, siostro. No sam pan widzi. W równaniu pojawia się pies, a pan już się stroszy. Co to nam mówi?

– No jasne, że się stroszę! To był półtorametrowy doberman! Szczekał, rzucał się na mnie, toczył pianę!

– Co zwykły robić psy na widok kotów.

– Albo psy obronne na widok złodziei!

– Jest pan złodziejem, panie Śmieszek? Ostatnio utrzymywał pan, że profesorem filozofii.

– Pan się czepia słówek, jak rzep psiego ogona! Pan chce mnie w jakiejś logicznej pętli zamknąć! Ale nie dla psa kiełbasa!

– Wie pan, co by Freud powiedziałby na te pana wymówki?

– Wiem, bo jestem cholernym profesorem filozofii!

– A przynajmniej tak pan utrzymuje. To może spróbujemy inaczej… orientuj się! Ha!

– Co ha?

– Złapał pan kłębek włóczki.

– Bo pan go we mnie rzucił!

– Trudno, żeby pan go złapał, gdybym go nie rzucił, prawda? Każdy test, panie Śmieszek, każdy test mówi nam jedno, a pan idzie w zaparte.

– Doktorze Mruczek…

– Myszka.

– Co myszka?

– Pan mnie zmusza do terapii szokowej, ale nic na to nie poradzę. Siostro, myszka! No tak. I co pan teraz powie, panie Śmieszek? Nic, bo ma pan pełne usta. I kto się śmieje ostatni?

– Tfu!

– Smakowało?

– Pan jest chory!

– A pan jest kotem, panie Śmieszek. Rzucił się pan na myszkę z taką zaciekłością, że prawie wywrócił pan stół. Nie ma już sensu zaprzeczać. Prawda jest oczywista. Jest pan kotem. Im szybciej pan to zaakceptuje, tym lepiej.

– Dobrze! Słyszy mnie pan, dobrze! Jestem cholernym kotem! Salonowcem pani Darcy! To chciał pan usłyszeć, doktorze?! Jest pan zadowolony? No, jest pan?!

– Tak – powiedział ze słyszalną ulgą w głosie doktor. – Tak. – Powstał z ziemi, otrzepał nogi z kurzu i wrócił do swojego gabinetu. – Tak. A teraz proszę podpisać to zeznanie. 

    

Odpowiedzi

Niezłe! Trochę przydługie na szorta, ale niezłe :)