Niegdysiejsze śniegi

Ocena: 
0
Brak głosów

Panienki były chyba możliwe, ale po ciemku widzieliśmy niewiele. Chłopcy o twarzach bez zmarszczek (nawet w kącikach oczu) wyrzucali nad tłum dłonie z palcami ułożonymi w znak „V". Staliśmy na małym podwyższeniu nie tańcząc, tylko nasze kolana falowały z lekka w takt muzyki.

–  Chciałbym, cholera, wiedzieć, o co właściwie mam do nich pretensję? –  ni stąd, ni zowąd powiedział Grzesio, który od lat dziesięciu był w naszym gronie twórcą intelektualnego fermentu.

Heniek, ciągnąc kolejny łyk radzieckiego koniaku, zaznaczył:

 –  Panienki są teraz głupsze, a mamusie każą im wracać do domu przed jedenastą. Powiedzcie, czy to nie może wkurzyć normalnego mężczyzny?

Heniek ma patent na wyjmowanie panienek. Przed paru laty, kiedy w klubach więcej się mówiło, niż dyskotekowało, zabierał głos w dyskusjach. Parę istotnych wejść, Henio wiedział, co robi, przyciskając prelegentów do muru, i dziewczynki zapamiętywały Henia. Potem pozostawało wybrać spośród wielbicielek tę o najdłuższych nogach i najbujniejszym biuście... A teraz tylko muzyka i muzyka, i podrygiwanie na odległość w ciemnościach. Henio to intelektualista, nie znosi głupoty i pruderii.

– Pierwszoroczniaczki mają tę zaletę, że niedawno badane. Zdrowe jak ryby –  oświecił nas pozornie od rzeczy Grzesio, przekrzykując dyskotekowe decybele. 

– W zdrowym ciele zdrowe cielę –  powiedziałem, bo jestem człowiekiem słowa, a dyskusja nie znosi próżni.

Czuliśmy wszyscy czterej, że pora na zrealizowanie odwiecznego rytuału. Henio ruszył wokół sali w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara, ja w przeciwnym. Grzesio z Wiesiem poszli na przełaj. Po minucie spotkaliśmy się pod przeciwległą ścianą.

–  No i co? –  spytał Grzesio.

–  Jest taka jedna dobra...–   nadmienił Wiesiek. Ale już z popychaczem.

Henio się oburzył:

–  No to co, że z facetem!

–  Nie przeszkadza?

–  Absolutnie!  

Wróciliśmy do punktu wyjścia. Henio i ja na przełaj, Grześ z Wiesiem po obwodzie. Muzyka zrobiła się wolniejsza i panienki przytuliły się do panów. Każda złączona para mogła mieć w sumie najwyżej o dziesięć lat więcej niż każdy z nas z osobna.

– Puchy –  rzucił Henio do Wiesia –  obciąłem tę twoją; za pięć lat na śmietnik.  Widziałeś jej gębę? Garkotłuk!

Machnął ręką wpadając tym gestem w wypowie Grzesia o zupełnie innym charakterze. Grzesio krzyczał  z entuzjazmem:

–  Panowie, pamiętacie Elkę z pierwszego roku, która potem przeniosła się na filologię?  Tę, co wyszła za Włocha akurat wtedy, kiedy dosoliliśmy Italiańcom 2:1 na Mistrzostwach. Opowiadała mi kiedyś, jak z mężem oglądali ten mecz i on...

Pamiętaliśmy wszyscy Dziką Elkę. Była zupełnie  niepotrzebną rekompensatą za „włoskie nieszczęście 1974", jeśli się zważy to, co oni zrobili nam ostatnio.

 – ... No to jej siostra, jeszcze lepsza, tańczy o tam, pod filarem. Niedawno była taka siksa.  Cholera, co to się robi z tymi gówniarami!

–  Pod którym filarem? –  zainteresował się Henio. –  Rzeczywiście, może być. Zastartujesz?

–  Bo ja wiem, Wiesiek znał je lepiej.

Wiesiek ruszył pod filar. Z daleka widzieliśmy wszystko dokładnie. Dołączył do kółeczka, a bardzo piękna siostra Dzikiej Ełki zaaprobowała taneczne towarzystwo Wieśka. Jej kompan, długi blondyn w zachodnich teksasach i welwetach, tak samo. W tańcu dokonała się zwyczajowa prezentacja. Potem muzyka ucichła, przestały błyskać czerwone, zielone i niebieskie reflektory, a cała trójka zniknęła w sali barowej.

– Wiesiek mu ją wyjmie, ja wam to mówię – powiedział Henio.

Wiesio wrócił po pięciu minutach. Miał twarz człowieka, którego oblano pomyjami, kazano podziękować, zapłacić i poprosić o jeszcze.

–  Palant –  szepnął –  ten palant... On chciał, żebym zabawiał jego siostrę. O, tamtą.

Spojrzeliśmy ze zgrozą w stronę siostry Dzikiej  Elki. Obok niej i faceta stała –  nie stała!... Kołysała się jak baryłka podstarzała blondyna w błyszczących kozaczkach, okularach i obrzydliwie krótkiej mini, odsłaniającej grube uda. W gestach całej trójki było coś wyglądającego na próbę podejścia do nas, chęć nawiązania kontaktu. W popłochu zmieniłoś pozycje.

–  Kurde, postawiłem im trzy koniaki – jęczał Wiesio. –  Cały czas truli o jakiejś grupie działania i asystencie z kreski, który kosi jak nieszczęście i nie daje zaliczeń. Na okrągło... palant!

–  Stracone dyskotekowe pokolenie –  rzekł Henio z pogardą, której nie uzasadniał, ale którą przeżywał głęboko. – Teraz  już wiesz, o co masz do nich pretensję?

–  To nie ja miałem –  zaprotestował Wiesio.

Z pogardą podobną do Henrykowej, bo pokolenie siostry Dzikiej Elki zrobiło krzywdę mojemu pokoleniu i nie można tego było puścić płazem, powiedziałem:

–  Cholera i tacy jak oni mają być naszymi następcami, będą nam wyjmować z rąk dyrektorskie buławy...

–  Będą uwodzić nasze cór... –  zaczął i urwał Wiesio, bo czuł, że przesolił.

–  Ich najstarsi synowie –  poprawiłem go –  będą uwodzić nasze najmłodsze córki.

–  No właśnie...

–  To o czymś nam przypomniało. Spokojnym, godnym krokiem, roztrącając tańczącą młodzież ruszyliśmy do szatni. Zostało niewiele do 23.00, więc nasze żony na pewno zaczęły się niepokoić przed telewizorami. Żony nas wszystkich oprócz żony Henia –  ten był wtórnym kawalerem po pierwszym rozwodzie i wychodził nie dlatego, że musiał, ale ponieważ miał takie życzenie.

Nad salą migały kolory.