Krach w branży weków

Ocena: 
2
Average: 2 (1 vote)

Gdy ogłoszono, że sztuczne głowy są lepsze od prawdziwych - wielu zapragnęło skorzystać z dobrodziejstw amputacji. Na zdjęciach zamieszczonych w ówczesnych gazetach, które mam tu przed sobą, widać kolejki przed punktami przeszczepów. Podpisy pod zdjęciami mówią o ogólnym entuzjazmie.

Koncern dysponował szerokim asortymentem głów. Mistrzowie chirurgicznej dratwy i  skalpela pracowali na trzy zmiany. Zoperowani wychodzili na ulice, kręcili gałkami w uszach i naigrawali się ze swych głów naturalnych zamkniętych w ogromnych szklanych wekach. Czasem słoiki pękały, głowy toczyły się wtedy po chodnikach w smrodzie formaliny. Śmiech, brzęk szkła, nawoływania... składało się to na psychozę powszechną i pociągającą.

Jednostki pozbawione polotu i odwagi ograniczały się do prostej mistyfikacji. Śruby w policzkach, czaszka na zero, skóra pociągnięta metalicznym lakierem. Na skroniach tatuaż przypominający do złudzenia nity oraz spojenia aluminiowych blach. Aby uprawdopodobnić maskaradę, oszuści wychodzili na ulicę również ze słoikami w dłoniach. Tylko oni i ich najbliżsi wiedzieli, że w słojach tkwią wykonane zręcznie atrapy.

Był to, ogólnie rzecz biorąc, czas prosperity dla Koncernu Głów, dla producentów sprzętu medycznego. Wytwórcy słoików i formaliny także nie narzekali. Spece od przeszczepów zarabiali miliony.

Zdaje się, że pierwsi wysunęli zastrzeżenia aktorzy. Aktorzy, jak wiadomo, to megalomani i narcyzi zmuszający się do zachwytów przed lustrem. Czy może istnieć coś takiego, jak zazdrość ciała, zazdrość całej osobowości o powodzenie sztucznej głowy?! Aktorzy w każdym razie nie formułowali tego wprost. Złożyli za to grupowe zażalenie, że głowy często zawodzą, że źle uczą się roli (absurd!), że podczas wykonywania „miłości na planie", konkretnie pocałunku, nie dostarczają tej przyjemności co głowy zwyczajne.

Bzdura - powiadam - bzdura i jeszcze raz bzdura! Identycznie zresztą brzmiała pierwsza odpowiedź Koncernu. Wtedy aktorzy demonstracyjnie sięgnęli do weków i przywrócili naturalne głowy swym torsom. Rozszedł się fetor, który w najłagodniejszych porównaniach zestawiano ze smrodem starego marynowanego śledzia. Była to rzecz jasna, propozycja zapachowa nie do przyjęcia dla publiczności teatrów i superkin węchowych. Aktorzy z konieczności powrócili do głów syntetycznych, lecz pierwszy krok na drodze do zniszczenia Koncernu został zrobiony.

Aktorzy, a za nimi reszta smakoszów seksualnych, poczęli domagać się, by przywrócić pocałunkom „dawną słodycz". Tak to formułowały gazety w demagogicznych wstępniakach.

Pod naciskiem zbajerowanej opinii publicznej farmaceutyczna filia Koncernu Głów rzuciła na rynek sex-landryny. Upragniona „słodycz" wróciła i nowy produkt szedł jak woda, do momentu, w którym wybuchła następna blaga. Otóż prasa podała że sex-landryny gryzą się z alkoholem.

Reszta rozegrała się bardzo już szybko. Specjalną nalewkę do sex-landryn, wypuszczoną przez Koncern, załatwiono twierdzeniem, że owa nie służy na potencję. O kostkach syntetycznego lodu, które po dodaniu do nalewki niwelowały ujemny efekt potencjalny, mówiono wkrótce, że szkodzą wątrobie. Przeszczepów wykonywano teraz mniej, w końcu liczba zabiegów zmalała do zera. W dodatku ogromne wydatki na badania nad sex-landrynami, nalewką, nad lodem - położyły Koncern Głów na obie łopatki.

Wtedy nieoczekiwanie, podupadająca dotychczas firma dezodorantów wypuściła nowy specyfik, który jakoby dawał sobie radę ze śledziowym fetorem marynowanych głów. Znowu zaczęło się od aktorów; specyfik rzeczywiście od biedy neutralizował smród; a za aktorami poszła reszta. Od tego momentu gazety notują triumfalny powrót do głów naturalnych; zaczynają się niesmaczne sceny publicznego niszczenia nowych, zupełnie jeszcze nieużywanych głów syntetycznych, tłuczenie weków, złośliwe bicie szyb w biurowcu -Koncernu. Nad wszystkim unosił się zduszony dezodorantami smród formaliny. Producenci weków ogłosili upadłość i mieli się już nigdy nie podnieść.

Zaczęły prosperować nowe firmy. Producenci żyletek, wytwórnie pasty do zębów, fabryki kosmetyków. Głowy naturalne to nie to co syntetyczne, im nie wystarczy konserwacja raz na kwartał.

Mój Koncern splajtował prawie zupełnie. Pozostała zeń tylko jedna, mała filia farmaceutyczna. Tylko odmiana sex-landryn nadziewanych masą z dodatkiem nalewki utrzymała się na rynku. Okazało się, że działa także na głowy zwyczajne.

Myślę, a jestem nieużywaną w ogóle głową syntetyczną, wyrzuconą na śmietnisko papierzysk przez niewydarzonego filozofa, myślę więc, że całą tę historię namotał sprytnie koncern dezodorantów, a aktorzy byli przekupieni. Nie ma zresztą do nikogo żalu, tylko dziwi mnie, że stare i nowe gazety, których pełno tu wokół, przebiegle nie poruszają tego tematu.