Laleczki

Ocena: 
0
Brak głosów

Duże cycki, rzadkie zjawisko wśród programistek, jak również sam fakt płci kobiecej przy maskulinizacji zawodu, pozwoliła Michelle usadowić swój zgrabny tyłeczek na wysokim stanowisku w korporacji Extasy.
Michelle za grube pieniądze projektowała coraz to nowsze wersje programu Virtual Girl. Rarytas dla niewyżytych, chudych frajerów w okularkach, którzy nie są w stanie zbliżyć się do prawdziwej kobiety na dystans mniejszy niż dwa metry.
Virtual Girl, w połączeniu ze specjalnymi goglami dla netrunnerów, tworzył złudzenie spotkania się z prawdziwą dziewczyną. Jak wiele programów zajmujących się przenoszeniem świadomości, czynił to paraliżując ciało użytkownika i przenosząc jego umysł w generowany przez impulsy elektryczne świat, ograniczony do wygodnego łóżka, wina, drogiej kolacji i co było najważniejsze – dziewczyny.
Korporacja trzepała kasę na coraz to nowszych i wymyślnych modelach wirtualnej dziwki – do wyboru były wszystkie rasy i przedziały wiekowe od dziewiętnastu do czterdziestu, powyżej już tworzone na specjalne zamówienie.
Cyfrowe kurtyzany umiały wiele i posiadały coś na kształt charakteru. Jedne były uległe, cicho jęczące i proszące o więcej, inne zaś ostre i bezwzględne.
Michelle lubiła tę pracę. Szczególnie podobało jej się programowanie umiejętności i cech charakteru. Szło jej to najlepiej w całej ekipie programistów. Firma Extasy płaciła jej bardzo dobrze, lecz kobieta często zostawała po godzinach, doskonaląc nowe modele ladacznic i powiększając asortyment firmy.
Informatyczka przestała stukać w klawiaturę, wyłączyła służbowy komputer. Było po dwudziestej. Westchnęła i spakowała torbę. Drzwi do gabinetu otworzyły się niespodziewanie.
– Pani Michelle, nie pracuje pani czasem aby za dużo? Jestem pod wrażeniem pani produktywności, ale martwię się o pani życie osobiste. – Szef złożył ręce i popatrzył troskliwie, swymi okolonymi zmarszczkami oczami.
– Ależ panie Mayer, dobrze pan wie, że to lubię. To moja pasja.
– Nie myślała pani o urlopie? Trochę oddechu od tego zjonizowanego powietrza by się pani przydało, prawda?
– Może i taaak... a może i nie? Lubię to, co robię. W domu jedyne co mam do roboty to spanie albo sprzątanie. Wolę programować binarne dziweczki. – Uśmiechnęła się.
Szef zaśmiał się.
– Dam pani urlop, z urzędu.
– Skoro pan nalega...
– Owszem, nalegam. Ale, żeby pani się w domu nie nudziła, co wydaje mi się nieprawdopodobne... – Otworzył trzymaną w rękach teczkę i wyjął plik papierów. – Proszę, oto założenia nowego produktu, powiedzmy, rozszerzenia do VG. Niech pani sobie to przejrzy u siebie na spokojnie. – Wręczył jej papiery i otworzył drzwi, wypuszczając programistkę przodem.
*
Projekt nosił nazwę „LALECZKI”. Założenia nie różniły się zbytnio od oryginalnej wersji VG. Dodane było więcej projektów do losowego generowania elementów tła. Zakładka „dziewczyny” zawierała tylko kartkę A4 z naniesionym nań napisem – PRAWDZIWE, ŻYWE, ŚWIADOME. Ale żadnych szczegółów i wytycznych.
Wyglądało na to, że Michelle następne dni urlopu spędzi na projektowaniu krzeseł, butelek wina, świec, kul dyskotekowych i tym podobnych.
Poszła do kuchni zaparzyć kawy. W jej mieszkaniu jak zawsze panowała aura depresyjnej pustoty.
Mimo swych walorów Michelle była samotna. Definiowała siebie jako introwertyczkę i indywidualistkę, lecz w głębi duszy wiedziała, że wielokrotne zawodzenie się na ludziach doprowadziło ją na skraj depresji.
To był prawdziwy powód, dla którego ciągle siedziała w pracy.
Wzięła parujący kubek z kawą, usiadła przed monitorem.
Nagle w rogu ekranu zamrugała do niej ikonka powiadomienia o wiadomości.
„UCIEKAJ, ONI SĄ JUŻ BLISKO.”
„Kim jesteś?” odpisała.
„WYJDŹ Z DOMU, NATYCHMIAST, UCIEKAJ WZDŁUŻ PIĄTEJ.”
Westchnęła. Komu o tej porze chce się robić jaja? I w ogóle, skąd ma jej ID? Wyłączyła komunikator i wróciła do pracy.
Nagły huk wyważanych drzwi rozerwał ciszę. Michelle zerwała się na równe nogi. W mroku korytarza rozległ się głęboki, męski głos.
– Pani Michelle. Idzie pani z nami.
Trzasnęła drzwiami do pokoju i wywaliła pod nie stół razem z laptopem. Jezu, co się dzieje, co ja robię? Nie wiedziała. Czuła, że musi uciekać.
Zeskoczyła z parapetu w ogródek, przeskoczyła ogrodzenie i pobiegła, mijając znak „5th Avenue ”.
Biegła. Jej bose stopy pluskały o mokry od deszczu asfalt. Strugi wody lały się po twarzy, a cienka piżama przylepiła się do ciała.
– Hej, tutaj! Michelle!
Stanęła jak wryta. Jakieś dziesięć metrów dalej, obok samochodu stał Dann, jej kumpel z pracy.
– Wsiadaj, szybko, bo nas dorwą, no dalej! – machnął dłonią.
Czarny mercedes wyłonił się z bocznej uliczki.
Huk wystrzału.
Mózg Danna wybuchający czerwoną chmurą na maskę samochodu.
Krzyki. Mężczyźni w garniturach. Mocny uchwyt ręki, dłoń obejmująca usta. Michelle i tak nie miała siły krzyczeć.
Coś ciężkiego spadło jej na głowę.
Ciemność.

*
Obściskiwała się z jakimś kolesiem, uporczywie wiercącym w jej ustach obleśnym, śliskim językiem. Chciwie macał jej piersi, a gdy ujrzała jego pryszczatą, nalaną twarz w okularkach, odepchnęła go i odskoczyła. Zdziwiony, ruszył w jej kierunku. Wzięła do rąk krzesło. Takie samo, jakie dotąd projektowała. Identyczne. Rozejrzała się po pokoju. To były jej projekty.
Po chwili postać grubasa zamrugała i zniknęła.
Zaczęła oddychać szybko i miarowo, jak dusząca się ryba.
Na ścianie wyświetlił się napis: „Oczekiwanie na następnego użytkownika...”.
Chwyciła w rękę notes, który zaprogramowała jako osobny element otoczenia, by w czasie miłosnych igraszek mogły efektownie pospadać na podłogę. Wzięła długopis. „Pisanie” przypominało bardziej rycie w glinianej tablicy.
URATUJ MNIE.
Potem pojawił się następny użytkownik.

Odpowiedzi

Faktycznie dobre, nie?

W zdaniu: "Michelle i tak miała sił krzyczeć." chyba właśnie "nie" się zgubiło.

Edit: A "pozwoliła Michelle" w pierwszym zdaniu kto poprawi? Korektora nie dowieźli i na wolontariuszach się trzeba opierać? :P

Pomysł jest ciekawy, ale struktura trzeszczy, rozłazi się i generalnie pachnie łataniem. Spoiwem jest chciejstwo autorskie.
Szef wysyła na siłę na urlop, ok, to się zdaża, ale wypadałoby poczęstować bohaterkę jakimś pretekstem. Prawdziwym powodem jest chęć wtłoczenia jej w nowy program. NO TO PO CO ona dostaje jego skrócony opis do domu, skoro decyzja zapadła? Po to, by autor mógł nas o tym poinformować radośnie ignorując fakt, ze to nie ma sensu. Po drugie - czemu ona? Duże cycki dużymi cyckami, ale jeśli jest zajebistą programistką, to jako taka jest dla firmy więcej warta. Po trzecie, czemu jej nie zgarną w pracy tylko robią jakiś wydumany wjazd na chatę, w dodatku pachnący nielegalnością? Nadmierne ryzyko.
Element dodatkowy, kumpel z pracy, za bardzo na chybcika. Chce pomóc - dlaczego? Tworzą jakąś organizację? Zakochał się? Skąd wie? Za dużym pędzikiem to przeleciało.
Po co odniesienie do Matrixa? Silne wrażenie niepotrzebnej kalki. Jeszcze wiadomość w kompie i sterowaną icueczkę przełknę, ale faceci w garniturach to za dużo.

Podoba mi się pomysł :)