#1 #2

Ocena: 
0
Brak głosów

#1

 

Ściśle tajne.

Tylko dla oczu członków gabinetu Tanaka.

Czytając ten dokument, poddajesz się odpowiedzialności karnej z art. 73, 77, 81 i 86 Prawa karnego z roku 1907 (akt nr 45). Wszystkie wymienione zbrodnie karane są z art. 11 cytowanego aktu – karą śmierci przez powieszenie.

[w dokumencie brakuje kilku stron]

 

RAPORT WYWIADU

R017

30.12.47

Drużyna Wydzielona ZW2 Departamentu Przeciwdziałania Epidemiom i Uzdatniania Wody Armii Kwantung z siedzibą w Harbin

 

 

Pierwszego października opuściliśmy Bhutan i przekroczyliśmy granicę z Tybetem. Wedle mojej wiedzy nasz niewielki oddział nie został zauważony przez straż graniczną, a przynajmniej nic na to nie wskazywało. Warunki pogodowe i trudny teren spowolniły nasze tempo, po dwóch tygodniach musieliśmy zrewidować tabelę czasu operacyjnego. Infiltracja Lhasy pozostawała pod znakiem zapytania.

            Tybet to kraj o niewielkiej populacji, skupionej wokół kilku centralnych ośrodków, a my staraliśmy się poruszać rzadziej uczęszczanymi szlakami, przynajmniej dopóki znajdowaliśmy się w relatywnej bliskości granicy.

            Nawet tu opowieści o bezimiennym mnichu są powszechnie znane. Historie, jakie przekazują sobie miejscowi, można podzielić na dwie kategorie. Pierwsza kategoria (1); mieszkańcy wsi, które odwiedzamy, utrzymują, że jest on manifestacją bodhisattwy, innymi słowy Prawdziwym Dalajlamą. Te historie mają w sobie coś z baśni. Widzę w nich lęk przed agresją ze strony Chin. Druga kategoria (2); im bliżej znajdujemy się Lhasy oraz klasztoru w Drepung, tym więcej uciekinierów spotykamy na swojej drodze. Ci ludzie przedstawiają nam inne oblicze bezimiennego mnicha, ludobójcy i potwora. Według ich zeznań (nagrania R017TA #12, #13, #14, #17 i #20) jego stronnicy dopuścili się licznych gwałtów na ludności Tybetu – czystek w Lhasie i rytualnych mordów w klasztorze Drepung. Ulubioną techniką wydaje się być obdzieranie ze skóry, aczkolwiek pojawiły się też doniesienia o kanibalizmie.

            Sprzeczność legend o bezimiennym mnichu utrudnia zebranie rzetelnych informacji. Jedyny spójnik obu oblicz, element, który pojawia się w zeznaniach zarówno zwolenników, jak i przeciwników mnicha, to jego rzekomy nadnaturalny talent do przywracania ludzi do życia.

            Na przestrzeni następnych tygodni przekonaliśmy się, że bliższa prawdy – jeśli nie całkowicie zgodna z rzeczywistością, jest wersja druga. Natknęliśmy się na wiele miejsc pogromów; stronnicy mnicha lubują się w obracaniu świątyń w miejsca kaźni. Bezskóre zwłoki są wywieszane na pokaz, ćwiartowane członki układane w misterne wzory na dziedzińcach (załączone zdjęcia R017Z #46–#60, #65–#80, #88–#92, #94, #101–#115, #124, #126, #131–#147). Wsie, które nie przyjmują błogosławieństwa oraz nie składają tzw. „Darów Ciała” (wyjaśniono mi to jako ceremonię, podczas której mieszkańcy wybierają kilka osób ze swojego grona, a potem własnoręcznie obdzierają je ze skóry i kosztują ich mięsa), zostają spalone.

 

[w dokumencie brakuje kilku stron]

 

            Tybet ogarnęło szaleństwo. Nie ulega wątpliwości, że bezimienny mnich (nazywany w zachodnich mediach mianem „Rezurektora”) jest osobowością bardzo charyzmatyczną, wzbudzającą fanatyczną lojalność. Jego rządy opierają się na manipulacji nastrojami narodowymi oraz terrorze, cechującym się wyjątkowym okrucieństwem. Sporządzenie głębszego rysu psychologicznego jest niemożliwe ze względu na szczątkowe informacje, aczkolwiek wszystko wskazuje na socjopatię oraz kompleks mesjasza. Należy odnotować silne wątki nadnaturalne, pojawiające się zarówno w oficjalnej propagandzie, jak również na kanałach komunikacyjnych opozycji (załączona przechwycona depesza R017D #1).

 

Moja rekomendacja: Natychmiast wysłać oddział specjalny i wyeliminować bezimiennego mnicha, zanim jego wpływy rozszerzą się poza granice Tybetu. 

 

Z końcem listopada dotarliśmy do wewnętrznej strefy wpływów bezimiennego mnicha. Drogi patroluje tu ochotnicza milicja, złożona z członków rdzennych populacji. Jak do tej pory nie udało nam się nawiązać kontaktu z żadnym z faktycznych zauszników mnicha, a nawet z osobami, które miały okazję spotkać go osobiście. Nie udało się nam również zlokalizować naocznych świadków masakry w Drepung ani jednej z ceremonii „Darów Ciała”.

Trzeciego grudnia dotarliśmy do ukrytej głęboko w górach wioski, którą ominęły czystki. Ja i porucznik Takeshi Kenzo, podając się za koreańskich kupców, uwięzionych w Tybecie przez zaistniałe okoliczności, przeniknęliśmy do społeczności z zamiarem prowadzenia obserwacji; reszta oddziału rozbiła obóz na zboczu powyżej wsi, zapewniając nam kontrolę ogniową obszaru.

Powiedziano nam, że jakiś czas temu pojawił się tu wysłannik bezimiennego mnicha, jeden z jego „powróconych do życia” kapłanów, zapowiadając rychłe nadejście oświecenia. Jedyne, co nam pozostało, to czekać.

 

[w dokumencie brakuje reszty stron oraz spodniej części tekturowej teczki]

 

#2

 

TRANSKRYPCJA NAGRANIA R017OTA #5

 

05.12.47

 

Odprawa porucznika Takeshiego Kenzo

 

– Ta rozmowa będzie nagrywana. Nazywam się Todo Kusanagi, będę przeprowadzał pana odprawę. Nazwisko, imię, stopień.

– Takeshi Kenzo, porucznik.

– Czy wie pan, czemu jest pan przesłuchiwany?

– Tak. [napisane na marginesie: porucznik TK wydaje się nerwowy]

– Dobrze, zacznijmy. Proszę opisać okoliczności, w jakich doszło do… incydentu.

– Dobrze. Jak pan wie, wraz z kapitanem Otogi w przebraniu koreańskich kupców dotarliśmy do wioski Nyexiang. Spotkaliśmy się z nieufnością, ale zostaliśmy przyjęci jak goście. Była to z pewnością zasługa pieniędzy, które przekazaliśmy im „za fatygę”. Przynajmniej tak wtedy myśleliśmy.

– A teraz?

– Nie mieliśmy pojęcia, w co się pakujemy. [napisane na marginesie: porucznik TK zwiesza głowę, kręci nią przeczącą. Według rezydującego psychologa wciąż chciałby wyprzeć z pamięci wydarzenia, do których doszło w Nyexiang.] Pozostała część oddziału – ośmiu ludzi – miała obserwować wioskę z oddali, osłaniać nas ogniem snajperskim. Od miejscowych dowiedzieliśmy się o oczekiwanej wizycie przedstawicielstwa bezimiennego mnicha.

– Powtórnej wizycie.

– Tak, kapitan Otogi…

– Kapitan wspomina o tym w swoim raporcie. Proszę kontynuować.

– Mieliśmy nadzieję na obserwację, a później schwytanie emisariusza – celem przesłuchania. [napisane na marginesie: porucznik TK chrząka, przeciera czoło] Czekaliśmy wiele dni, zaprzyjaźniając się z miejscowymi. Sondowaliśmy ich, ich wiedzę o bezimiennym mnichu, o tym, co działo się w Tybecie.

– Czy można powiedzieć, że ich nie docenialiście?

[napisane na marginesie: porucznik TK waha się] …tak. Tak, niedocenialiśmy ich. A kiedy wreszcie zrozumieliśmy, było za późno.

– Proszę o tym opowiedzieć.

– Do moich zadań należał codzienny obchód wioski – rano, w południe, wieczorem. Włóczyłem się po okolicy pod pretekstem rozmyślań i papierosowego nałogu. Czwartego dnia po prostu na nią wpadłem, zagrzebaną w ziemi i śniegu.

– Na co pan wpadł?

– Na mogiłę. Zbiorowy grób, a w nim gnijące, pozbawione skór zwłoki. Pospieszyłem do kapitana Otogi, do naszej izby na strychu chaty naczelnika, ale dotarłem tam za późno. Gdy wpadłem do środka, już na mnie czekali. Naczelnik mierzył do mnie z pistoletu wz. 14 Nambu – z broni kapitana.

– Bezpiecznie można założyć, że już przed waszym przybyciem przeszli na stronę bezimiennego mnicha.

– Tak, przeprowadzili ceremonię.

– Ale was nie zabili.

– Nie, czekali na kapłana. On miał nas przesłuchać. [napisane na marginesie: porucznik TK uśmiecha się słabo]

– A reszta oddziału?

– Nigdy… nigdy się nie dowiedziałem, co się z nimi stało. Słuch po nich zaginął, nie było ciał…

– Ale pan przeżył.

– Tak. Trzymali nas w niewielkiej, słabo oświetlonej piwnicy. Związali nas, ale niedokładnie. Kapitan Otogi miał ukryte ostrze, wyswobodził się. Potem uwolnił też mnie.

– Wtedy pojawił się kapłan?

– Tak. Tak, on. Był szkaradny. Nie miał skóry, rozumie pan, na twarzy. Widzieliśmy wszystkie jego mięśnie, jak poruszają się, układając w uśmiech. Powiedział, że będziemy doskonałym darem dla Bezskórego. Nie wiem, czy miał na myśli bezimiennego mnicha czy kogoś innego.

– I co było dalej?

– Był z nim naczelnik i jeszcze drugi mężczyzna. Mieli zakrzywione noże, coś jak sierpy. Ale naczelnik popełnił błąd, bo wciąż nosił za pasem „Nambu” kapitana. To byli niewyszkoleni cywile, a Tybetańczycy nie są znani ze swojej siły. My mieliśmy za sobą lata szkoleń i doświadczenie. Rozbroiłem tego drugiego mężczyznę, a kapitan Otogi obezwładnił naczelnika i zabrał mu pistolet. A potem…

– W swoim dzienniku, który znaleźliśmy przy panu w Batangu, po stronie chińskiej…

[napisane na marginesie: porucznik TK jest blady, oddycha głęboko]

– Kapłan rzucił się na mnie jak dziki zwierz, ujadał i kłapał zębami. Był nieludzko silny, o wiele silniejszy, niż wskazywałaby na to jego postura. Kapitan strzelił raz, drugi, ale tamten nie przestawał mnie okładać. Wyładował cały magazynek! I wreszcie kapłan osunął się na ziemię. Byliśmy wycieńczeni i skołowani, musieliśmy się stamtąd wydostać, z tej piwnicy, wioski, ostrzec nasz oddział. Kapitan zaczął przeszukiwać kapłana…

– I wtedy…

– …kapłan ożył. Złapał kapitana Otogiego za głowę i jednym ruchem skręcił mu kark. Zaczął wstawać. Widziałem rany na jego ciele, kule musiały mu przebić płuca i żołądek, wydawało mi się też, że dosięgły serca. A jednak wstawał.

– I co pan zrobił?

– A co mogłem zrobić? Chwyciłem za sierp.  Nie zdążył się zasłonić, poderżnąłem mu gardło. A on dalej… dalej…

– Wstawał?

– Tak. Więc przeszedłem za niego i pociągnąłem ostrze. Wydaje się, że trwało to całą wieczność. I wreszcie opór zniknął, odciąłem mu głowę. Już się nie ruszał, ale nie chciałem ryzykować. Zabrałem nasz skromny ekwipunek, nieśmiertelnik  i dziennik kapitana Otogiego i uciekłem.

– Skierował się pan ku granicy tybetańsko–chińskiej?

– Nie. Ku Drepung. Musiałem się przekonać na własne oczy, kim był ten bezimienny mnich, któremu służą ci… „wskrzeszeńcy”.

– I dowiedział się pan?

– Dowiedziałem się więcej, znacznie więcej. Te masakry, ceremonie „Darów Ciała”, to wszystko blednie w porównaniu z koszmarem, jaki poznałem. Niech mi pan da kartę i ołówek…

 

[tu transkrypcja się kończy]

 

 

Odpowiedzi

Dla mnie to bardziej rozdziały opowieści (szkatułkowej) niż szorty, niemniej bardzo zacne. Klimat zahacza ciut o Worthingtona, którego bardzo lubię ;-)