Dama Karo, Dama Kier, Dama Pik… (IX – Nie pożądaj żony bliźniego swego)

Ocena: 
0
Brak głosów

Podobne historie możliwe są tylko w zupełnie luźnych tramwajach, gdy więcej jest miejsc wolnych niż zajętych. Pewnie dlatego zdarzają się tak rzadko. Można trochę im pomóc, czekając na nie przy końcu wozu, w miejscu, w którym zbiera się wiatr wpadający do środka przez wszystkie uchylone okna. Ten wiatr oraz przesuwający się za szybami kolorowy obraz miasta sprawiają, że warto marzyć i chce się oczekiwać nieoczekiwanego.

Stałem w odpowiednim miejscu odpowiedniego tramwaju, z głową gotową do marzeń, wszystko jak trzeba, gdy wtem gra oderwanych skojarzeń nabrała ciała.

Do tramwaju weszła piękna dziewczyna.

Nie wiem jak innym, ale mnie uroda kobiety kojarzy się trochę z promykiem słońca, a trochę z drzazgą pod paznokciem. Napotkaną na ulicy piękność dawniej uważałem za wyzwanie; teraz przyjmuję ją jak uśmiech, a czasem jak drwinę losu. Ta była piękna urodą właśnie drażniącą, twarz miała już nie szczeniacką, a jeszcze nie całkiem kobiecą. Ubrana w białe płócienne spodnie, dość obcisłe, stanęła na środku przy wejściu, trzymając się poręczy.

Fajne dziewczyny zawsze znajdą jakiś powód, by nie siadać. Stojąc, nie załamią kantów spodni, a jednocześnie wbijają się w męską pamięć tym słodziej i tym boleśniej. Mężczyźni prześcigać się będą w łapczywości spojrzeń, dziewczyna przejdzie samą siebie grając monodram obojętności pod tytułem „nic nie wiem, nic nie zauważyłam". Widziałem wyraźnie. Starszy pan z laseczką zapomniał o wieku i wpatrywał się w dziewczynę jak w obraz. Pryszczaty chłopak, siedzący na początku wozu, odłożył gazetę na kolana i co chwila odwracał głowę. Gość koło czterdziestki z siatką pełną rodzinnych zakupów i widoczną na palcu obrączką walczył ze sobą i ponosił klęskę. Można by powiedzieć, że ponosił ją raz po raz.

Ja sam... Owszem, człowiek ma jakieś zobowiązania, obraz czyjejś twarzy, wspomnienie chwil szczególnie tkliwych, o których dla wzmocnienia odporności powinien pomyśleć. Co począć, kiedy tamto robi się jak na złość dalekie i wyblakłe, a to kusi tuż obok. Na pierwszy ogień poszły więc białe spodnie dziewczyny - obserwowałem sposób, w jaki płótno opinało jej uda i kolana. Potem pobiegłem oczami w górę, zatrzymując się chwilę w miejscu, gdzie spodnie przechodziły w dopasowaną frotową bluzeczkę i nieuchronnie wyżej, całkiem wysoko do twarzy, do rozpuszczonych, jakby niedawno zmoczonych i wysuszonych włosów.

Pomyślałem, że wraca z basenu i w tym momencie poczułem się rozgrzeszony. Teraz nie było to już zwyczajne gapienie się ani składanie hołdu jej kobiecości, lecz dedukowanie, a tego nie musi się wstydzić żaden mężczyzna. Dedukowałem więc dalej, ile dziewczyna ma lat, gdzie podział się szczęściarz, z którym bawiła na basenie, co robi na co dzień, gdzie wysiądzie i jak by wyglądało, gdybym ewentualnie spróbował podejść i zacząć rozmowę.

Wszystko to były oczywiście niewinne spekulacje, bez wątpienia pryszczaty siedzący na początku zaszedł w swych rozważaniach dużo dalej. Widziałem, jak wyłamuje nerwowo palce, wyliczając na nich prawdopodobieństwo poderwania dziewczyny. W pewnym momencie wydało mi się, że już do niej wstaje, właściwie wstał, przyłapałem się więc na dziwnym uczuciu, że oto zaspałem i z czymś się spóźniłem. Ale dziewczyna skończyła monodram obojętności i zaczęła inny spektakl pod tytułem „oziębła i nieprzystępna". Chłopak, tak w sobie, niewidocznie, z rezygnacją machnął ręką i nie robiąc nawet kroku w jej stronę usiadł z powrotem. Miałem cichą satysfakcję.

Tramwaj zatrzymał się, wysiadło i wsiadło parę osób, a ja zajęty tropieniem krzyżujących się spojrzeń i tłumionych emocji, przegapiłem najważniejsze. Choć to prawie nieprawdopodobne, w tramwaju znalazła się dziewczyna jeszcze piękniejsza. Stała przy kasowniku, z ustami ozdobionymi dyskretnym uśmiechem, jakby wszystkiego się już domyśliła i wszystko odgadła.

Pryszczaty nawet przez chwilę nie próbował być wierny. Pan z siatką od razu odwrócił głowę w nowym kierunku. To samo staruszek. Gdyby dziewczyna w spodniach nie rzucała przedtem wzgardliwych spojrzeń, gdyby traktowała nas inaczej... Ale nie - tym straszniejszy był teraz jej upadek. Zdetronizowaliśmy niedobrą królową!

Ta przy kasowniku była zupełnie inna. Jasnowłosa, ze wspaniałym, trochę udręczonym wyrazem twarzy, który sygnalizuje, że trafiła na nieodpowiedniego mężczyznę i każdy inny mógłby być bardziej odpowiedni; nosiła zgrabną sukienkę we wrzosowym kolorze i także wrzosowe, półprzeźroczyste pończochy z finezyjnym wzorkiem na zewnętrznej stronie nóg. Przekonałem się, co mogą znaczyć pończochy latem, o tej porze roku, kiedy pozornie są niepotrzebne. Podobnie, rozsądnie użyte kosmetyki.

Basenowy wymoczek w spodniach, które nie wydawały mi się teraz ani obcisłe, ani dobrze uszyte, znalazł się na granicy paniki. Nic nie dawały próby odzyskania straconego gruntu przy pomocy wdzięcznych spojrzeń i przyzwalających uśmiechów. Jej czas przeminął. W końcu to zrozumiała, podeszła do gościa z siatką, nie wiem czemu właśnie do niego, i spytała o przystanek - oczywiście najbliższy. Odpowiedział jej głośno i niechętnie, jakby drwił: „Tak tu powinna pani wysiąść, stamtąd będzie najlepsze dojście...". Była to oczywista ucieczka i próba ratowania twarzy tak niezręczna, że siłą wstrzymywałem śmiech.

Tramwaj przyspieszył, raptem szarpnął i zatrzymał się dobre sto metrów przed przystankiem. Nie mogłem tego nie zauważyć. Motorniczy otworzył tylko przednie drzwi i odwrócił w stronę pasażerów wesołą twarz z kpiącymi oczami. Uświadomiłem sobie, że on również zajęty jest tym, co dzieje się w środku, że choć w sposób niedoskonały, korzystając z zamontowanego nad głową lusterka, to przecież także bierze udział w grze hipnotycznych spojrzeń i rozhuśtanych marzeń, w wewnętrznej giełdzie wyniesień i upadków. Teraz patrzył na nas drwiąco i triumfalnie jak gracz, który rzuca na stół czwartego asa. Choć to już wydawało się całkiem niemożliwe, po schodkach wchodziła dziewczyna piękniejsza niż dwie poprzednie razem wzięte.

Ta nie potrzebowała ani pończoch, ani kosmetyków. Miała na sobie skąpe, ściśle dopasowane szorty z zamszu i dzięki temu jej długie i bardzo opalone nogi wydawały się jeszcze dłuższe. Była szatynką, a jej twarz o wielkich niebieskich oczach łączyła cechy madonny i kurtyzany. Patrzyłem na nią czując, z jakim niesamowitym trzaskiem wali się mój życiowy dogmat, że blondynki są szczytowym osiągnięciem natury.

Z uśmiechem nie za bardzo poufałym ani nazbyt wyniosłym dziewczyna podziękowała motorniczemu. Usłyszeliśmy wszyscy jej głos, właśnie taki, jaki powinny mieć dziewczyny tej klasy. Kobieta we wrzosowych pończochach wyglądała przy niej jak wymalowana gąska z prowincji przy gwieździe, której pragną mężczyźni całego świata. Nic nie można było  poradzić, to było silniejsze od nas - zmieniliśmy królową po raz drugi.

Myślałem, że dziewczyna w spodniach wysiądzie tak, jak to sobie wcześniej zaplanowała, zaczeka na następny tramwaj i dojedzie sama tam, dokąd dojechać powinna. Ale ona zapomniała już o sztuczce z pytaniem o najbliższy przystanek. Została. Sama zdetronizowana i opuszczona, przyglądała się z satysfakcją, jak z kolei wrzosowa traci grunt pod nogami. Wrzosowa myślała z początku, że to przejściowy spadek popularności, że powodzenie wróci; ta w spodniach nie miała złudzeń. Przyznaję, że w jej determinacji, w mściwych spojrzeniach jakimi obrzucała idącą na dno wrzosową, było coś męskiego, co musiało mi się podobać.

Na drugim czy trzecim przystanku dziewczyna w spodniach zarzuciła w końcu na ramię plastykowy worek z mokrym ręcznikiem oraz kostiumem kąpielowym i powoli zeszła po stopniach.  Za nią, z bardzo przegranym wyrazem twarzy, prawie wybiegła wrzosowa.

Najpiękniejsza bez trudu i z wdziękiem niosła ciężar naszych zachwyconych spojrzeń. Zalotnie przejechała dłonią po krótko przyciętych włosach, unosząc zachwycającą nogę, poprawiła wiązanie lewego sandałka.

Przez chwilę pomyślałem z obawą, co by się stało, gdyby nasze gusty nie były zgodne, gdybyśmy, różniąc się smakiem, wylansowali inną mniej doskonałą, jedną z tych, kto uciekły... Ale nie, jednak nie, stanowczo nie; prawdziwe piękno zawsze zwycięży. Wiedziałem, że moją radość i dumę podzielają: staruszek z laską, pryszczaty młodzieniec, pan z siatką i jeszcze dwóch gości, którzy się dosiedli po drodze. Nie muszę chyba wyjaśniać, że dotyczyło to także motorniczego.

Odpowiedzi

Mam nadzieję, że będzie równie emocjonująco, jak za pierwszym razem :)

A Ty Baranku wiesz, kim jest Iks? ;D

Moi Drodzy,

jak dotąd otrzymaliśmy trzy odpowiedzi. Wszystkie nieprawidłowe:P
Próbujcie dalej.
Już wkrótce następna podpowiedź.
Przy okazji przypominam, że każdy MOŻE ZGADYWAĆ TYLKO JEDEN RAZ