Spiritus

Ocena: 
0
Brak głosów

Skurczybyk uwziął się na niego, nie dawał spokoju. Nieznośnemu dudnieniu towarzyszył trzask pękających szyb i obsuwanie się dachówek. Skrzypienie szafki w barku. Dmuchnięcie chłodnego powietrza na odsłoniętą szyję, a gdy tylko zdarzyło mu się zdrzemnąć: pstryk, pstryk. Jakby kościeja wyczołgała się z ciemnego kąta, jej wyszczerbiony czerep grzechotał tuż przy uchu Franciszka, oślizgły, eteryczny jęzor wślizgiwał się pomiędzy kowadełko a młoteczek, podrażniał zwoje mózgowe. Nie był to jednak żaden świszczący na wietrze kościotrup, którego Franciszek mógłby pogruchotać jednym celnym sierpowym wymierzonym w zapadnięte żebra. Wolałbym nawet, żeby hultajem okazał się zatęchły utopiec, dawny marynarski druh, z którym można by w końcu dojść do konsensusu, pod warunkiem oczywiście, że zdzierżyłoby się zamoknięte dywany, oblepione szlamem klamki i unoszącą się stale w powietrzu sugestię obfitego, jednakże nieświeżego połowu.

Franciszka dręczył jednak duch: bydlak i złośliwiec.   

Siadając każdego wieczora na drewnianym tarasie przed chatą, owijał wokół flaszki paciorkowaty różaniec, prezent od zacieśninowego handlarza, którego łódź uderzyła któregoś dnia w paliki pomostu Franciszka; godzinna wizyta prędko przemieniła się w parodniowe, potem tygodniowe posiedzisko, po którym stary rybak długo nie mógł spłukać z gardła smaku zasalanych śledzi i podłego bimbru. Gdzieś pomiędzy procentowymi wierszami Franciszek poskarżył się przyjezdnemu ze swego kłopotu – zademonstrował sińce od spadających żyrandoli, blizny po widelcach i wykałaczkach – ten westchnął na to ciężko, pożuł wąsa i wypluł z siebie kilka zdań otuchy. Na odchodne wręczył jeszcze Franciszkowi różaniec, wyściskał go solidnie, po czym odepchnął łódź i odpłynął w stronę kontynentu.      

Nawlekane kamyczki nie zrobiły na duchu najmniejszego wrażenia. Jeszcze tej samej nocy Franciszek wyległ na taras, czując w głowie okrutne łupańsko, i przy świetle pojedynczej świecy odkorkował flaszkę wina. W dłoni obracał różaniec, klejąc ze skrawków pamięci nieśmiałe zdrowaśki. Wystarczyło tylko, że zadumał się chwilę; wpatrując się w butelkową zieleń, na dnie dojrzał ciemny osad, formujący się w niewielki kłębek wiru – nim się obejrzał, duch wystrzelił z flaszki i jak orientalny dżin zawisł nad struchlałym mężczyzną, wydymając pogardliwie ektoplazmiczne policzki.

I tak dzień po dniu, noc po nocy. Starczyło, że Franciszek poniuchał kielicha, ze ściany odpadał krucyfiks, pierwszy haust żytniówki okupywał ciarkami na plecach, jakie wywoływał w nim demoniczny skowyt dobiegający z wnętrza chaty. Nie dawał za wygraną, przepijając za zdrowie nieszczęśliwej duszy, lecz wraz z mroczkami w oczach i przyjemnym uczuciem niestabilności nadchodził kolejny napad zaświatowej agresji: pobite szklanki, szczypnięcie w brodę, zimny chuch w zaczerwieniony nos. Walka  była nierówna, ale z Franciszka był przeciwnik zajadły, doświadczony przez morski żywot; następnego dnia naprawiał szkody, nie zważając na intensyfikację katzenjammeru zalewał go sowicie i z wprawą zmrożoną wódeczką.

Nie zauważył nawet, że jeden nałóg zastąpił drugim: nie pił, bo musiał, pił, bo był człowiekiem honoru, który nigdy nie ulegał naciskom. A że był zawzięty, duch towarzyszył mu nieustannie, przyczajony za plecami, naprzykrzał się od świtu do nocy. Franciszek otwierał zaklejone oczy i automatycznie sięgał po kieliszek, sekundę potem wybuchając stekiem mięsistych przekleństw. Wino popijał koniakiem, whiskey mieszał z whisky, koniec dnia witał dwuskładnikowym drinkiem na bazie czystego spirytusu.

Nie potrzeba było wiele czasu, żeby jeden z oponentów stracił siły; nawet pośmiertna cierpliwość ma swoje granice. Pewnego wieczora, Franciszek jak zwykle wytoczył się z chaty, prychając głośno i zacierając drżące ręce, zapadł się w bujanym fotelu i sięgnął pod stół, bardziej dotykiem niż wzrokiem lokalizując półlitrówkę. Zapalił peta i otulił się szczelniej kocem, od morza zaciągało bowiem chłodem; mrugnął raz i drugi, starając się uspokoić rozhulany wzrok.

„No, żeś ty wreszcie zmądrzał”, mruknął pod nosem, po czym uśmiechnął się zżółkłym i bezzębnym uśmiechem. Odkręcił flaszkę i rozlał wódkę do kieliszków, bacząc, by nie rozlać choć kropli – nie chciał kusić losu. Potem wzniósł kieliszek, w drugą rękę chwycił kiszonego ogórca, i z poczuciem satysfakcji przepił do ducha, życząc mu zdrowia wiecznego i bezcielesnego kaca.