Las

Ocena: 
0
Brak głosów

Planeta od wieków należała do Edimianidów. Przybyli tu w wielkim ziarnie o fantazyjnie pokręconym kształcie. Twardą skorupę roztopiła atmosfera. Białe, wewnętrzne mleko rozpuściły deszcze i cząsteczki porwał huraganowy wiatr. W przeciągu tygodnia mikroskopijne spory zagnieździły się wszędzie. W nieurodzajnych skałach Hamoloutu i Kinhaju, na szczytach Mo Bhoghar, Wewenti i Szuu.

      W ataku szalonej wegetacji opanowały suche lądy, bagniste wybrzeża, najgłębsze morza i  najszersze rzeki. Pyłem z eksplozji ponownego rozsadu zadławiły dawnych  mieszkańców planety, drzewiastych Eshajów. Pozostałych  Tymidów zatruły falą wydychanych gazów. Pracą korzeni rozsadziły monumenty, zamieniając w skalny gruz  wszystko, co przez wieki cierpliwego żłobienia i gładzenia zbudowały zaczepliwe trawy Ghimzu Ham.

      Przez setki lat kolonizacji penetrowały czułkami korzeni każdą szczelinę, wyrwę i jaskinię. Rozdrobniły wszystkie podejrzane o nasiona grudki cennej ziemi. Co odnalazły, natychmiast chciwie zagarniały.

       Wreszcie usadowione głęboko, pewne swego, zagnieżdżone w otchłani gruntu,  wystrzeliły dzikimi pędami Zarania. Potem wybujałą gęstwinę  gałęzi wsparły  prężnym ramieniem  Fundamentalnych konarów.  To z nich zbudowały piętro podstawy Eghimu, później poziomy Righany i Ozomii wypełnione pokrzywionymi mostami wyrostów, nadrostów i splotów. Dalej wybujały w powietrze setki roślinnych węzłów i finezyjnych zwisów. Powyżej szybko powstały piętra wspomagającej grzybni, wyprysków pleśni, plam mchów i innych symbiontów kory. Wreszcie, osiągnąwszy pełną dojrzałość,  wyeksponowały pulsujące oddechem drzewne korony dalej poza granice zmrożonej stratosfery. I tu…

       Zatrzymały się, porażone odkryciem.

       Planeta w porównaniu z ojczystą Wejszu była za małą, za ciasną dziurą, nie pozwalającą nawet na kompleksową kontrolę parametrów środowiska. Posiadała krótką orbitę, mnóstwo wody, słabe słońce i jeszcze słabszą własną grawitację. Przez pnie wkrótce zaczęła się przesączać woda. Stały się gąbczaste, leniwe i chorobliwie giętkie.

      Takie nigdy nie zrodziłyby twardych, uwierających w drzewnym kroczu – ziaren, które w podnieceniu ognistej Pory Fiajszu, na ogromnym globie Wejszu, z hukiem eksplodują, a następie mkną tysiącami w zachłanny kosmos.

     Stały więc uwiędłe w beznadziei.

     Czasem płynęła wspólna pieśń  –  o sensie istnienia i bliskości gnilnego wybawienia.     Pieśni obudziły nadzieję i wzmocniły ducha. Kto wie, czy to nie one  przywołały gościa z niezmierzonej ciemności międzygwiezdnej przestrzeni.

      Coś błysnęło na krańcach układu słonecznego Ohiuru.  W sensorycznym zasięgu  Edimianidów  trzasnęły radiowe komunikaty, jakieś pytania, ostrzeżenia i niezrozumiałe instrukcje. W wizualnej percepcji liści Kugionitu pojawiło się Obce ziarno. Trochę błądziło i paprało każdą docelową orbitę. Krążyło gdzieś przy odległych księżycach planet jowiszowych. Wreszcie odnalazło swój zamierzony cel i zbliżyło się na tyle, by rośliny mogły rozpoznać szczegóły. Okopcony kadłub szybko przebił atmosferę. Ich ziarno zatrzeszczało w szoku termicznego zderzenia, wytrzymało i rozpędziło  się z rykiem ponad obłokami. Wreszcie zgrabnie ześliznęło się na powierzchnię planety. Ze środka bezładnie wysypały się drobiny nowego rozsadu.  Idiotycznie wybrały na lądowanie najbardziej suchą, skalistą ziemię. Edimianidzi zatrzęśli się od grubiańskiego rechotu. Skrzypiały najstarsze pnie, chichrały się najmłodsze pędy.

     I jakież było zdziwienie drzew, kiedy  spostrzegły  niezależność i precyzyjną celowość zachowania drobin. Takie gówniane i niekształtne barachła stały w dowolnych pozach względem słońca Ohiuru, wypinały się na życiodajne promieniowanie gwiazdy, dostojnie kroczyły w cieniu, maszerowały dwójkami niemal sklejone, a nawet biegały w całych rozkrzyczanych grupach, nie obawiając się przyrostów!

    Edimianidzi wybuchnęli entuzjazmem. Ci obcy zrewolucjonizowali święte prawo Rozsadu! Drzewa natychmiast przerwały milczenie. Popłynęły entuzjastyczne komunikaty we wszystkich możliwych wiązkach telepatycznych. Poruszyły się w języku migowym liście. W werblowym poskrzypie konarów i w poszumie, korony nadały pierwsze, powitalne pieśni pory Fiajszu.

       Istoty pozostawały głuche i ślepe.

       Co gorsza, pomimo ostrzeżeń entuzjastycznie wdychały trujący tlen!

       Jedna z nich przytuliła roześmianą twarz do kory ogromnego drzewa, niemal całując wilgotnymi ustami chropawą, pełną symbiontów powierzchnię.

       – To piękne rośliny, Carl  – wyszeptała dziewczyna.

       – A jaki doskonały dadzą nam papier … – odpowiedział mężczyzna, nacinając nożem korę.

 

Odpowiedzi

No to damy im "rozsad" jak ta lala.

Fajne :)