Pionierzy

Ocena: 
0
Brak głosów

Saja pomyślała o szklaneczce napoju wysokoenergetycznego, jakże przydatnej w jej sytuacji. Nawet sięgnęła po pilota syntezatora, ale akurat zaczął się blok reklamowy i w sześcianie przestrzennego telewizora, obok trójwymiarowego obrazu reklamowanego towaru, pojawił się ten numer.

17–2777–357–77!!!

Zemdliło ją.

Dwie–trzy siódemki nic nie znaczyły. Bez trudu mogła znieść nawet pięć. Ale siedem sztuk naraz...

Wyłączyła telewizor i wciąż walcząc z mdłościami, zamknęła oczy.

Trzeba było jakoś przecierpieć, jakoś się uspokoić. I żyć na tym świecie warto, naprawdę warto. Oczywiście, niekiedy... tak jak teraz, po zobaczeniu naraz siedmiu siódemek w jednej liczbie albo nagle, po poczuciu słabego, ale tak obrzydliwego zapachu lekko nagrzanej izolacji jakiegoś tam kuchennego przyboru... Nie jest to troszeczkę za duża cena za marzenie?

Marzenie.

Od myślenia o nim Saji stopniowo ulżyło. A potem mdłości zniknęły i pojawiła się możliwość ucieczki w objęcia snu. Zasnęła i obudziła się dopiero, gdy z pracy przyjechał mąż.

Saja usłyszała kroki i spróbowała wstać z łóżka, ale on, wchodząc, powiedział:

– Leż, leż...

Z ulgą się odprężyła.

Mąż przysiadł obok i ostrożnie położył rękę na jej brzuchu. Chwilkę pomilczeli.

– Już jest duży – odezwał się w końcu. – Do porodu zostało całkiem mało. Pamiętaj, to pulpit sterowniczy. Najbardziej skomplikowana część naszego przyszłego statku. Powinnaś być podwójnie ostrożna.

– Rozumiem, – powiedziała Saja. – A potem...

– Potem odlecimy z tej planety.

Dobrze było tak po prostu siedzieć obok siebie i czuć ciepło drugiej osoby. A jeszcze myśleć o tym, że jeśli będzie wystarczająco dużo pożywienia, jeśli pulpit sterowniczy urodzi się bez defektów, jeśli uda się go prawidłowo połączyć z innymi detalami, jeśli ich statek w końcu będzie skończony...  wtedy ich marzenie się spełni.

– Przygotuję posiłek.

– Ja też mogę...

– Nie, nie, leż. Sam zrobię.

Poszedł do kuchni, i wkrótce Saja usłyszała brzęczenie młynka. To znaczyło, że dzisiaj przyniósł żelazny brykiet i teraz, po przerobieniu go na proszek, miesza ze sztucznym mięsem, dodaje szczyptę supersmaku, odrobinę aromatu, przyprawia to wszystko paroma łyżkami najlepszej zalewy i podgrzewa do odpowiedniej temperatury.

Na początku, krótko po ślubie, Saja niezbyt lubiła potrawy przygotowane tak, jak robiono to w dawnych czasach, ale powoli w nich zasmakowała.

– Postanowiłeś mi dzisiaj dogodzić dziką mieszanką? – spytała.

– Tak – usłyszała z kuchni. – Dziś dobrze się spisałem w pracy i dostałem premię w postaci wysokojakościowych ferro–brykietów. Jeśli dzika mieszanka się uda, będziesz oblizywać palce. Poza tym jest dobra dla malucha.

Kolacja rzeczywiście wyszła doskonale. A potem obejrzeli w przestrzennej telewizji historyczną inscenizację z życia ludzi. Gdy tylko się skończyła, Saja powiedziała:

– Oni byli tacy dziwni, ci ludzie. I te całkowicie żelazne, przemieszczające się skrzynki... czyżby to...

– Tak – potwierdził mąż. – W ich ciałach nie było ni grama organicznej syntezy, ale faktycznie są naszymi przodkami. Nazywano je robotami. Zabawne, prawda?

– I to jak – odpowiedziała Saja.

Jej brzuch lekko się kołysał. Trwała w nim powolna, żmudna praca polegająca na tworzeniu obiektu o określonych właściwościach. Uświadomienie sobie tego dostarczało jej cichej, spokojnej radości.

– Nie rozmyśliłeś się? – spytała ostrożnie. – Polecimy w ślad za ludźmi?

– Polecimy – uśmiechnął się mąż. – Teraz już jesteśmy blisko. Tylko, tak jak ci wcześniej mówiłem, nam osobiście ludzie nie są potrzebni.  Powinniśmy odszukać przestronną planetę bogatą w surowce, na której osiedlą się nasze dzieci. A ich potomkowie... kto wie, może to oni spotkają się z ludźmi?

– Jeszcze mówiłeś, że wcześniej czy później z Ziemi odlecą wszyscy nasi. Kto wtedy na niej zostanie? Psy?

– Czemu nie? Psy i koty. Słyszałem, że już wyszły z jaskiń. Budują domy i wytapiają brąz. Prawda, często ze sobą walczą, ale ludzie też od tego zaczynali.

– A jesteś pewien, że oni podążą naszą drogą?

– To droga każdej istoty rozumnej. Wszyscy jesteśmy skażeni żądzą parcia naprzód, odkrywania nowych ziem, poznawania niezwykłego.

– A ludzie...

– Tak. Oni, w odpowiedniej chwili, też mieli komu zostawić Ziemię.

– Ale teraz nikt z naszych znajomych nie zbiera się, żeby lecieć. Wolą budować wille i jachty, auta i samoloty. Tylko my...

– Jesteśmy pionierami. Kiedy tylko nasi wychowankowie nabiorą rozumu, podążą za nami. Możesz mi wierzyć.

Saja ostrożnie położyła mężowi rękę na plecach, przytuliła do ciepłego boku i powiedziała:

– Wcześniej o tym nie myślałam... ale wygląda na to... znaczy, staliśmy się tacy, jak ludzie?

–  Dokładnie. Tylko oni zawsze wyprzedzają nas o krok. Wszystko jeszcze przed nami.

Tłumaczenie Hubert Stelmach

Odpowiedzi

Ja tutaj nie mam się do czego przyczepić. Wiadomo, że jest to tłumaczenie, niemniej wydaje mi się, że całkiem udane. U mnie z rosyjskim tak trochę słabo, dlatego ciesze się, że Hubert przetłumaczył. Sam szort dla mnie osobiście jest nieco bajkowy i nie umiem wytłumaczyć skąd takie wrażenie. Spodobał mi się od razu, choć nie ma w nim nic nowego. Jest po prostu dobry i przyjemny w odbiorze.

Ładne :)