Tancerz

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Później mówiono, że człowiek ten nadjechał z zachodu, od gór. Czarna postać na czarnym koniu. Zwracał uwagę.

Gdy wszedł do jedynego saloonu w Nowym Jeruzalem, rozmowy ucichły, pianista przestał grać. Kilkanaście par oczu śledziło przybysza, gdy powoli podszedł do baru i zastukał w blat. Barman pospiesznie napełnił szklankę.

Skrzypnęło krzesło.

- Jestem Jimmy Hudson. - Młody chłopak podszedł do przybysza. - A ty jeździsz z Wielebnym Elliotem. Poznałem po zielonej chuście.

Przybysz poprawił owiniętą wokół szyi chustę, ale zamiast wzroku podniósł szklankę. Upił.

- Już nie jeżdżę.

Głos miał zachrypnięty, nieprzyjemny.

- Kapelusz masz ichni.

- Tak.

- Więc jeździsz.

- Nie.

- Federalni dorwali Wielebnego?

- Nie.

- A kto?

- Przestań, Jimmy. - Barman wtrącił się do rozmowy. - Widzisz, że nie ma ochoty gadać. Jego prawo.

Chłopak skrzywił się.

- Jeździł z Wielebnym i na pewno widział niejedno - odwarknął. - A tu rzadko trafiają się dobre historie. - Wskazał palcem przybysza. - Jest w naszym mieście, pije naszą whiskey i nie podzieli się nowinami? A może po prostu twoja wóda, Angus, nie jest tego warta? - Chłopak zaśmiał się głośno, kompani przy stołach zarechotali solidarnie.

Obcy upił kolejny łyk.

- Moja historia wywróciłaby wasze wnętrzności na nice...

Młodemu zaświeciły się oczy. Popatrzył na towarzyszy, potem na barmana. Uśmiechnął się. Z kieszeni brudnej marynarki wyjął kilka monet i rzucił je na blat. Zatańczyły, rozbiegły się w różne strony.

- Postaw tu butelkę najlepszej Old Kentucky dla naszego gościa. Może to rozwiąże mu język.

Przybysz w końcu uniósł głowę. Spod przykurzonego melonika spoglądała para czarnych jak węgle oczu.

- Naprawdę chcesz ją usłyszeć, chłopcze?

Jimmy czuł, że skupił na sobie wszystkie spojrzenia. Odstąpić teraz oznaczało wystawienie się na pośmiewisko. Jimmy Hudson nie poddawał się tak łatwo. Skinął głową.

Przybysz uśmiechnął się brzydko.

- Jeździłem z Wielebnym Elliotem, tak. Trzy lata Kyle Wheeler jeździł z najgorszą bandą na wschód od Kalifornii. A nie dalej jak dwa dni temu spotkaliśmy się przy Bramie Wisielca. Ktoś przekazał Wielebnemu, że druga banda rozsiadła się na przełęczy i napada podróżnych. Znikały dyliżanse, przepadali kurierzy. Elliot zwołał starą gwardię. Chciał pokazać, że jego gniew jest jak gniew Wszechmocnego. Niepowstrzymany.

Wychylił szklankę i podsunął ją Angusowi. Barman napełnił ją szybko, rozchlapując po brudnym blacie najlepszą Old Kentucky.

- Dorwaliście ich? - cicho zapytał Jimmy.

- Ich?

- Bandę.

Kyle Wheeler zaśmiał się nieprzyjemnie.

- Banda... To był jeden człowiek. Pieprzone chuchro w łachmanach. Tropiciel Wielebnego odszukał go w starej górniczej wiosce. Nie uciekał. Nic nie mówił. Stał po prostu na drodze, jakby czekał. Cały umazany krwią. I tylko w ziemię patrzył. Czułem, że łatwo nie będzie. A gdy spojrzał na Wielebnego...

Żaden dźwięk nie rozpraszał ciszy, która zapadła przy barze. Wszyscy zebrani słuchali w napięciu.

- W oczach miał ogień, płomienie strzeliły z palców. Szybki był, demon przeklęty. Kule go nie tykały, żadna nie trafiła. Wielebny nawet nie mrugnął. Najszybszy rewolwerowiec na Środkowym Zachodzie padł w jednej chwili z rozszarpanym gardłem. A demon tańczył pośród ludzi, wyciągając po jednym, paląc, szarpiąc…

Przybysz wychylił kolejną szklankę. Zamilkł.

- Mówisz, że nazywasz się Wheeler? - To Angus zadał to niespodziewane pytanie.

- Tak.

- „Tancerz” Wheeler?

Przybysz przytaknął.

- Słyszałem, że Wielebny powiesił Tancerza w ubiegłym roku. Podobno wygadał się federalnym.

Przybysz zaśmiał się chrapliwie, pomasował szyję, poprawił zieloną chustę i podniósł wzrok.

Jego oczy nie były już czarne. Miał ogień w oczach, palce strzeliły płomieniami...