Niezwykły dzień Jana Nowaka

Ocena: 
9
Average: 9 (1 vote)

Jan Nowak był urzędnikiem niższego szczebla w miejskim ratuszu. Każdego ranka wstawał, golił się, ubierał, jadł skromne śniadanie i wychodził z domu, spokojnym krokiem zmierzając na przystanek, skąd o 6.54 zabierał go autobus linii 143. Wysiadał tuż pod urzędem, wchodził na trzecie piętro, do pokoju 302, gdzie siadał za biurkiem i rozpoczynał pracę. Punktualnie o 15.30 odkładał pióro, zakładał płaszcz i wracał do domu. Tak mijały kolejne dni urzędniczej kariery pana Nowaka.

Pewnej środy wszystko potoczyło się inaczej.

***

Jan Nowak obudził się zmęczony. Nie od razu wstał z łóżka, przeleżał jeszcze kwadrans. Poszedł do łazienki, namydlił brodę i już miał zacząć golenie, gdy zauważył, że twarz w lustrze robi miny. Nie byłoby w tym nic dziwnego, wszak nie raz Janowi Nowakowi zdarzało się w przypływie spontaniczności ćwiczyć przed lustrem przemowy do nierozgarniętych petentów, ale dziś… Dziś był pewny, że min nie robił. A odbicie robiło. Szalało wręcz! Jan Nowak z lustra kilkakrotnie zawirował w piruecie, podskoczył na jednej nodze i przewrócił oczami. Na chwilę nawet zniknął za ramą lustra, by powrócić z drugiej strony w szalonym skoku.

Jan Nowak, urzędnik niższego szczebla, wpatrywał się w lustro zdumiony.

- Kim jesteś? - spytał.

Odbicie zamarło, po czym wskazało Jana Nowaka i parsknęło bezgłośnym śmiechem.

Jan Nowak przetarł oczy i… z lustra spoglądała na niego zmęczona twarz. Niewątpliwie jego własna.

- Musiało mi się przywidzieć - powiedział, odetchnął kilka razy i zaczął się golić.

***

Autobus linii 143 przyjechał o czasie. Jan Nowak zajął swoje ulubione miejsce tuż za kabiną kierowcy. Zdążył zapomnieć o porannym przywidzeniu, zrzucił je na karb przemęczenia pracą, lecz zamarł, gdy zerknął w duże, wykrzywione lustro, pozwalające kierowcy na obserwację wnętrza pojazdu.

Jan Nowak w zwierciadle bawił się w najlepsze. Biegał tam i z powrotem między pasażerami, wieszał się na rurkach, stroił miny. Jan Nowak w autobusie obejrzał się strwożony, ale żaden z pasażerów nie wydawał się zauważać tych szaleństw. Wszyscy jechali znudzeni, zapatrzeni w miasto za oknem. Gdy spojrzał ponownie w lustro zobaczył siebie w niedwuznacznej pozie, robiącego niestosowne miny do stojącej obok młodej kobiety. Odbicie posunęło się nawet do tego, że chciało uszczypnąć dziewczynę w pośladek i Jan Nowak ze zdumieniem zobaczył własną dłoń, która wiedziona nieznaną siłą uniosła się i klapnęła dziewczynę w pupę.

Pomińmy milczeniem to, co zdarzyło się potem. Najważniejsze, że Jan Nowak, urzędnik niższego szczebla, nie dojechał do pracy. Wysiadł kilka przystanków wcześniej, trzymając się za bolący policzek. Dalszą drogę chciał przebyć pieszo, dotlenić zmęczoną głowę. Skręcił za róg i niemalże wpadł na olbrzymią tablicę - „Gabinet krzywych luster”.

Poczuł, że jego nogi same kierują się do wnętrza ponurego budynku. Tak jak wcześniej w autobusie, tak i teraz mógł tylko obserwować, jak prowadzą go do wnętrza.

W środku, w jednym dużym pomieszczeniu, stały olbrzymie zwierciadła. Stanął przed pierwszym i jego sylwetka wydłużyła się, jakby urósł dwukrotnie. Przy drugim nabrał tuszy, był pękaty jak beczka. Przy trzecim miał olbrzymią głowę osadzoną na malutkim ciele, a przy kolejnym odwrotnie. Następne wydłużyło mu ręce, kolejne nogi, a  następne… było normalne. Ze zwierciadła patrzyły na niego zmęczone oczy Jana Nowaka, urzędnika niższego szczebla. I nic więcej. Wyszedł.

Na zewnątrz świeciło słońce. Jan Nowak zmrużył oczy, po czym uśmiechnął się, zawirował w piruecie, podskoczył na jednej nodze i wybuchnął głośnym śmiechem.