Dom czasu przeszłego

Ocena: 
10
Average: 10 (4 votes)

Są takie domy, gdzie czas butwieje pod postrzępionymi tapetami i nie dzieje się nic, bo wszystko, co było do wydarzenia, już się stało. Wspomnienia zastygły w kątach jak pajęczyny, w zakamarkach podłogi gromadzi się kurz. Codzienne rytuały domowników, ich wędrówki wydeptanymi przez lata ścieżkami od pokoju do pokoju nie rozpraszają martwoty, bo ci ludzie powrastali w dom jak huby i są jego częścią jak meble i pająki.

Kiedy pewnego ciepłego wrześniowego poranka mój dziadek wyruszył po kryjomu do nieba, babcia przesunęła dom w czas przeszły. Odtąd nastał bezruch i bezczas, jakby dziadek miał zaraz wrócić z nieba po papierosy. Nawet zegar w pokoju tylko udawał, że odmierza chwile, tik, tak, tik, tak. Książki, maszyna do pisania, radzieckie radyjko na baterie, popielniczka z kryształu dziwnie załamująca świat, gdy patrzyło się przez nią na drugą stronę – wszystko spowite zawiesistą wonią tytoniu i starego papieru, tak, jak zostawił to dziadek.

Życie w domu babci porosło mchem i pleśnią, jego serce zamarło między pierwszym a drugim tonem, i trwało tak zawieszone w niepewności, aż czarna krew w nim zakrzepła i nie poruszyło się już więcej. Szare cienie rozpełzły się z wolna po pokojach, wieczory przedłużały się w nieskończoność, nad mieszkaniem zawisł sparciały, rudy zaduch. Nawet obrazy zmroczniały; jeden pamiętałem jeszcze z dzieciństwa, przedstawiał krzątających się Żydów, grube baby w białych czepkach i brudne dzieci w ciemnej bramie. W bramie tej cienie układały się dziwnie i zawsze miałem wrażenie, że czai się tam kudłate, człekokształtne straszydło o gębie rozwartej bezmyślnie i zachłannie. Z bliska stwór zmieniał się w uchylone drzwi, blaszane wiadro i wielki jak kopa siana tyłek kucharki w płowej spódnicy, ale wystarczyło odsunąć się od obrazu, a kształty potworniały na nowo. Nie lubiłem sypiać u dziadków, bo strach wypełzał z ram gdy nikt nie patrzył, szwendał się po mieszkaniu i dusił w czasie snu jak zmora, aż budziłem się spocony i z gorejącą głową. Babcia była jednak mądrą kobietą i zawsze, ilekroć u niej nocowałem, odwracała obraz do ściany; straszydło wtedy tłukło się i warczało, ale szybko dawało sobie spokój i szło spać.

Po śmierci dziadka wyszło z obrazu na dobre i zamieszkało w przedpokoju, rozzuchwaliło się nawet do tego stopnia, że buszowało po mieszkaniu w biały dzień. Zalegające w domu bezruch i gęsta nuda zbyt ciasno jednak wypełniały powietrze, aż zdławiły stracha do reszty. Znalazłem go w kuchni, gdy przyszedłem umyć okna – leżał pod parapetem zwinięty w kłębek, wysuszony na pieprz, pająki zdążyły już usnuć sieci między nim a futryną. Przy dotknięciu ciemne truchło rozsypało się w proch; zamiotłem podłogę dokładnie i wyrzuciłem wszystko do śmieci. Kiedy zdechł strach, zrozumiałem, że dom babci nie ma już przyszłości. Przyszłość nie może istnieć bez strachu.

Babcia odwróciła się od świata i z pogodną rezygnacją odeszła w czas przeszły. Ciągle tu była, była tuż obok, sprzątała, prała, a gdy przychodziłem robiła herbatę, ale przez teraźniejszość szła jedynie siłą inercji, bo nie sposób zatrzymać się w czasie, jej serce utkwiło w głębokiej przeszłości. Co wydarzyło się wczoraj, dziś rano, przed chwilą - było nieistotne, a nawet irytujące, jak mucha brzęcząca nad uchem o świcie, i nie zaczepiało nigdzie w pamięci babci. Ona sama miała znów dwadzieścia parę lat, czekała na męża, który wyszedł po papierosy i jak zwykle gdzieś się zawieruszył, a przecież już pora wychodzić, pociąg do Gdańska odjeżdża za godzinę, wieczorem mają już być w pensjonacie w Krynicy Morskiej.

Z czasem babcia przestała mnie rozpoznawać.

- Kim pan jest? – pyta, gdy pewnego dnia przyszedłem wytrzepać dywany; wzrok ma nieobecny, pusty.

- To ja, babciu, M.

- M.! Aleś ty wyrósł, wyprzystojniał. Poczekaj, zrobię ci herbatę. – Znika w kuchni i wraca za chwilę, a ja bawię się dziadkową popielniczką. – Pan pytał o M.? To mój wnuś. Pokażę panu zdjęcia. – Babcia stawia przede mną szklankę z parującą herbatę w blaszanym koszyczku i wyciąga z szuflady stary album, taki z czarnymi kartkami oddzielonymi przez bibułki. Migają czarno-białe twarze, aż w końcu zatrzymujemy się na fotografii małego chłopca gryzącego w ucho misia wielkiego jak on sam. – Mój wnuś. Mają z nim kłopot, mają, bo ciągle choruje, bez przerwy tylko te antybiotyki i antybiotyki. Chodzę go bawić czasami. Jest już duży, wzięli go do wojska. A pan kto jest, kolega M.?

  Stało się jasne, że babcia istnieje w tak wielu czasach, że nie potrafi już wybrać tego właściwego. Odtąd ktoś z rodziny był z nią przez cały dzień, zostawała sama dopiero wieczorami. Wychodząc oddychaliśmy z ulgą i zapalaliśmy papierosy; nikt nie mógł zbyt długo znieść tego mieszkania, gdzie przerażająca martwota wyje po kątach i śmierć kładzie się długim cieniem, nie my, my, którzy żyliśmy dla przyszłości. Babcia nie chciała jednak przeprowadzić się do żadnej z córek, których miała pięć.

- Mnie tu dobrze – mówiła – i mój Jasio mi kwiaty ciągle przynosi. Takiego mam męża dobrego, takiego dobrego!

Kiedyś ciotka znalazła w domu swej matki storczyk uginający się od mięsistych kwiatów o niepokojących barwach zmierzchu i kostropatych, pajęczych korzeniach wypełzających z doniczki. Przestraszyła się, że ktoś podając się za dziadka może oszukać babcię i jeszcze tego samego dnia zabrała ją z domu siłą. Rozsierdziła się jeszcze bardziej, gdy babcia zaczęła opowiadać, jak to dziadek wraca noc w noc z granicy zmierzchu i znosi jej kwiaty, które tam rosną, takie jak ten, o. Są tam łąki pełne maków i śpiewające motyle, tak mówi dziadek. Wiele jej opowiada, bo zawsze siedzą do późna, do najczarniejszej ciemności.

Mijały dnie i cała rodzina zapomniała o domu czasu przeszłego. Pozwoliliśmy mu otorbić się spleśniałą starością i trawić własne wspomnienia. Myślę, że baliśmy się go, baliśmy się jak śmierci. Nigdy więcej nie przekroczyłem już jego progu.

Pewnego dnia przechodziłem nieopodal i zauważyłem, że dom znikł. Niedługo potem znikła cała ulica, przy której stał, i wszyscy o niej zapomnieli.

Odpowiedzi

Znakomite!

Wspaniały klimat, umiejętnie budowany nastrój!

Świetne!

Radek pisze tak, że czasem mu naprawdę zazdroszczę. Wszystkie słowa splatają się u niego w obrazy, bohaterowie są kolorowi i magiczni. Za każdym razem, gdy czytam tekst Radka wiem, że mój obiektywizm idzie w cholerę.
Pozdrawiam

Ależ to ładne.

Naprawdę zaczynam lubić twoją twórczość. Jest dokładnie w takim stylu, jaki chciałoby się jeszcze widzieć w fantastyce. Gratuluję publikacji opowiadania w Nowej Fantastyce.

Dzięki audiobookowi na to trafiłem. Najwyraźniej za rzadko zaglądam na ten portal. Moja punktacja niestety wiele nie wniesie, bo średniej arytmetycznej nie zmieni. Autorowi też to na nic, bo swoją wartość zapewne zna i bez tego. Ale co tam.

Bardzo dobre.