Przeciw herezjarsze

Ocena: 
0
Brak głosów

Przeciw herezjarsze

…podnieta do obracania językiem zrodzona ze szkodliwego nadmiaru wolnego czasu…

Sokrates Scholastyk, Historia Kościelna I, 7

 

Nawet tak przewrotnego człeka, za jakiego uchodził prezbiter Ariusz, należało potraktować życzliwie. Zaprosiłem go tedy do kwatery na wino. Spóźnił się ze dwie godziny; ponoć zatrzymała go na rogu dysputa filozoficzna z wielce oczytanym żebrakiem. Od razu zrobił fatalne wrażenie: twarz miał wygoloną do połysku, podobną eunuchowi. Gdyśmy legli przy stole, nie tylko odmówił skosztowania wina z rodyjskiego szczepu, lecz jeszcze wypomniał zbytek:

            - Powiadano, Mikołaju, że objąwszy biskupstwo Miry, rozdałeś cały majątek ubogim. Wszak winnic się nie pozbyłeś!

            - Niezupełnie – wyjaśniłem. – Oddałem, co mi zbywało. Krewnych spłaciłem. Zaś Kościołowi przekazałem własność przynoszącą zyski. Jak bowiem inaczej krzewić dzieło dobroczynności?

            - Którego to Kościoła sam jesteś zwierzchnikiem…

            - Nie zawsze nim będę.

            - Mam nadzieję – heretyk tryskał jeno cynizmem.

            - Ariuszu, zrozum: ani państwo, ani biedak rozumnego użytku z nadmiaru nie zrobi!

            - Ten ubogi z narożnika umysłem subtelniejszym niźli ty akurat się odznacza.

            - W każdej materii doszukujesz się drugiego i trzeciego dna. Odmawiasz Boskości naszemu Panu i redukujesz Go do rangi stworzonego, czyniąc z Niego jakiś byt udziwniony, zmiennej natury. Nie komplikuj rzeczy prostych, Ariuszu.

            - Ty zaś po prostu chciałeś mnie przekupić przednim winem, bo uważasz, że wszystko da się załatwić denarami i darami.

            - Od zarania tak było u nas na Wschodzie. Tylko w twojej Aleksandrii częściej szły w ruch pięści i kije.

            Heretyk poderwał się na równe nogi:

            - Chcesz, brodaty pokurczu, bym cię potraktował po aleksandryjsku? – wycedził.

            - Spróbuj, cherlawy wielkoludzie – odgryzłem się natychmiast.

            Kubek świsnął mi nad głową i rozleciał się na ścianie. Źle wymierzył, niegodziwiec, bo wzrok miał już nie ten i dziesiątą siódemkę na karku. Zachwiał się, lecz – nim dorwał zdatny przedmiot – trzasnąłem go skośnym w szczękę.

            - Po aleksandryjsku! Zgodnie z życzeniem.

            Oniemiał. I miast nadstawić drugi policzek, począł cofać się w popłochu. Chciał coś wykrzyczeć, ale zniekształcone usta odmówiły mu posłuszeństwa.

            - Teraz pojmujesz, czemu milej dawać niźli brać! – rzuciłem na odchodnym, trochę wbrew sobie. Potem pożałowałem.

A do pałacu w Nikei wszedłem z duszą na ramieniu. Jednak niemal wszędzie witały mnie życzliwe spojrzenia i uśmiechy. Zaś Autokrator Konstantyn, rozkazawszy mi na stronie opowiedzieć o zajściu, nie krył rozbawienia. Rychło pokazało się, że czyn mój przyniósł skutek zgoła nieoczekiwany. Oto Ariusz wszedł na obrady z tak spuchniętą twarzą, że mógł co najwyżej potakiwać bądź zaprzeczać. Przegadano go więc z łatwością i potępiono jego doktrynę. A później… zaproszono herezjarchę na cesarską ucztę, by osłodzić mu perspektywę wygnania. Tym razem niewdzięcznik wino, które tajemnie kazałem dostarczyć na stół, chętnie sączył. Rzecz jasna przez trzcinę.

Podobno szczęka już nigdy nie przestała Ariuszowi dolegać…

 

 

- - - - - - - - - -

 

Stwór z Saint-Savin

 

            Rok 2001. Ostatnie wakacje z frankiem. Stoję przed dziwaczną rzeźbą w opuszczonym klasztorze w Saint-Savin na wschód od Poitiers: u stóp dostojnego biskupa Hilarego wije się odrażający stwór. Czworonożny korpus wieńczy ludzka głowa, zniekształcona w okropnym grymasie. Podpis nie pozostawia wątpliwości.

            - Och, Mikołaju – słyszę piskliwy głos. – Jak dobrze, żeś przybył! Tyś jeden zdolny mnie wybawić.

            Patrzę z niedowierzaniem. Stwór zdaje się łypać ślepiami.

            - Zmiłuj się nad duszą potępioną, uwolnij z kamiennej skorupy – jęk najwyraźniej dochodzi z rozdziawionego pyska. Drżę, choć widziałem w życiu niejedno. A może to efekt specjalny? Francuzi są nieprzewidywalni.

            - Czyś jest Ariuszem? – pytam po francusku.

            - Jam jest!... Kiedym opuścił ten padół, czas niejaki ma dusza unosiła się i opadała. Aż raz Hilary, wielki mag, zwabił mnie podstępem i zaklął w potwora. Uciekłem co prawda, ale już uwolnić się z tych kształtów nie zdołałem. Co więcej, nieustannie cierpiałem głód, lecz jeść nie mogłem, bo odżył okrutny ból szczęki – sprawka twego patrona. Czasem tylko sączyłem – ongiś wzgardzone – krople wina. Goniłem tak półtora tysiąclecia, a nie umarłem. Wyznawcy mej nauki też mnie odganiali, biorąc za diabła.

            - Bo istotnie diabeł z ciebie. Podzieliłeś ludzi. Z powodu twej nauki wiele krwi przelano. Deprawowałeś cesarzy i królów. Kłóciłeś rodziny. Z twej przyczyny król Leowigild zabił syna!

            - Wiem i żałuję! Uczyniłem sporo złego… – ledwo kumam tę osobliwą mieszankę greki, łaciny ze starofrancuskim. – Ale nie zasługuję na tak potworną mękę! Wiedz bowiem, iż pewien rzeźbiarz zakuł mnie w swym dziele i od lat tkwię tu bezczynnie. Toż to Piekło, nie Czyściec!

            - I jakim to sposobem mogę Ci pomóc?

            - Uderz mnie z lewej strony w pysk, a kamień rozleci się i wybiegnę wolny z tego więzienia. Wówczas i ból ustąpi, bo odwrócisz czyn twego patrona.

            Waham się. Gdyby chociaż był jakiś ksiądz w pobliżu! Ale w libertyńskiej Francji opactwa to przeważnie zeświecczone muzea.

            - Nie, Ariuszu – odpowiadam. – Primo: pewności nie mam, czyś nie jest demonem podszywającym się pod heretyka. Secundo: nie mnie kwestionować wyroki Boże. Tertio: zasługujesz na taką karę, gdyż w istocie jest ona Czyśćcem, nie Piekłem. Quarto: wolę być w lepszej komitywie z Mikołajem i Hilarym, niżeli z tobą. Quinto wreszcie: nie zamierzam odpowiadać za zniszczenie dzieła sztuki.

            -  Czyżbyś zatem jeno posąg we mnie widział, nie człowieka?

            - Tak. Bo jesteś tylko dekoracją, która ma ostrzegać potomnych.

            Słyszę piekielny gulgot i śmiech. Rozpacz i szyderstwo zarazem. „Święty Mikołaju Mirski!” – wołam w myślach i zaraz nabieram otuchy. Wybiegając zderzam się z żoną.

            - Co cię tak przeraziło? – pyta Kicia.

            - Przejąłem się zbytnio przewrotnych kształtów posągami – odrzekam. – Idź zresztą i sama zobacz.

            Wraca po minucie.

            - To naprawdę niezwykłe. Pierwsze widzę, by ktoś wlewał wino w pysk kamiennego stwora.

Gdy chcę spytać o więcej, mija nas zakapturzona postać. Niesie pustą butelkę z lokalnej winnicy: „Saint-Nicolas”.

 

 


 

Odpowiedzi

Dobrze się zaczyna, ale kiepsko się kończy.

Pierwszy mi się też bardziej podoba, fakt.
Ale formalnie, odnotowuję - są dwie zamknięte historie ale fabularnie połączone i różniące się perspektywą narracyjną.
Nader przewrotne i ciekawe :)

Mnie niestety ten tekst zanudził i zmęczył, chociaż był napisany dobrze i z odpowiednim przygotowaniem do tematu.

Całkiem ciekawie pomyślane, ma mój głos :)

To teraz, skoro autorzy zostali ujawnieni, parę słów komentarza. Jak zwykle, inspirowały mnie wydarzenia autentyczne. Spoliczkowanie Ariusza przez św. Mikołaja jest motywem legendy chrześcijańskiej. Lecz jak dokładnie to przebiegało, nie wiadomo. W opactwie Saint-Savin istotnie znalazłem opisaną rzeźbę. Pochodziła chyba z XIX wieku. W miejscu owym panowała niesamowita atmosfera, zwłaszcza że byliśmy wówczas chyba jedynymi zwiedzającymi.