Pan Whicher w Warszawie - Agnieszka Chodkowska–Gyurics i Tomasz Bochiński

Krwawa, dziewiętnastowieczna Warszawa...

Hubert Przybylski


Wiele rzeczy można o mnie powiedzieć, ale na pewno nie to, że jestem miłośnikiem kryminałów. Są ku temu dwa powody. Po pierwsze, w kryminałach z reguły jest tak, że zbrodniarz jest od samego (lub prawie samego) początku opowieści znany czytelnikowi z imienia, nazwiska i rozmiaru buta, i tylko dzięki staraniom (choć bardziej pasuje tu słowo "motaniu") autora kryminału przez odpowiednio długi czas nie mamy pewności, czy to na pewno jest ten zbrodniarz, którego szukamy. Jednym słowem, kryminał taki wygląda jak prawdziwy peerelowski kotlet schabowy - pięćdziesiąt gram mięsa rozklepanego w coś o rozmiarach żagla z omegi i zapakowanego w trzycentymetrowej grubości pancerz z czegoś, co tylko oficjalnie jest panierką. A jeszcze dochodzą ci wszyscy klepani spod jednej z kilku sztanc bohaterowie, bo niestety, z klasykami jest tak, że praktycznie wszyscy starają się je bezkrytycznie naśladować (vide wiecznie przewracający się w grobie J.R.R. "Korkociąg" Tolkien - to dla tych, którym potrzebny jest przykład z "fantastycznego" podwórka). Współczesna Ameryka a la Mary Higgins Clark i kryminał zmieniający się w tandetną obyczajówkę z infantylnymi Amerykanami w roli głównej. Albo niby-chandlerowskie czasy prohibicji - wtedy obowiązkowo detektyw jest alkoholikiem i czymś pośrednim pomiędzy mafiozem (piszę przez "z", bo mafia jest nie tylko włoska) a gliniarzem. Albo współczesna Skandynawia - wtedy detektyw jest alkoholikiem i ma wiecznego skandynawskiego doła. Albo najbardziej przeze mnie znienawidzone - wiktoriańskie Imperium Brytyjskie, gdzie bohater to albo dżentelmen, narkoman i nihilista w jednym, albo przynajmniej stara panna. I teraz wyobraźcie sobie moją minę, kiedy w paczce z książkami do recenzji dostaję nie dość, że kryminał, to jeszcze z wiktoriańskim, imperialno-brytyjskim detektywem w roli głównej. Normalna zdrowa zgroza.

Po takim przydługim wstępie, który miał zasygnalizować Wam, że wcale nie jestem wobec kryminałów uprzedzony, czy coś w tym guście, należałoby napisać kilka słów wprowadzenia odnośnie omawianej książki, czyli "Pana Whichera w Warszawie", autorstwa Agnieszki Chodkowskiej–Gyurics i Tomasza Bochińskiego. Akcja powieści rozgrywa się w drugiej połowie 1862 roku, tuż przed wybuchem powstania styczniowego. Do Warszawy przyjeżdżają dwaj policjanci ze Scotland Yardu, najlepszy brytyjski detektyw, Whicher, i jego partner, Walker, którzy mają pomóc w reorganizacji carskiej policji. Ale prawdziwy powód ich ściągnięcia okazuje się całkiem inny - w Warszawie zaginęła żona grafa Dołgorukiego i Whicher, razem z młodym, ale utalentowanym rosyjskim policjantem, Czernyszewskim, mają za zadanie dyskretnie poprowadzić to śledztwo. Ani Whicher nie jest z takiego obrotu spraw zadowolony, bo przecież chodzi tu o krewną samego cara i jakiekolwiek potknięcie może całkiem zrujnować lekko zachwianą
ostatnimi czasy karierę księcia detektywów, ani Czernyszewski, bo nowy przydział odsuwa go od właśnie prowadzonego śledztwa dotyczącego seryjnego mordercy Polaków.

Najbardziej mi się w "Panu Whicherze... podoba to, że częściowo złamano klasyczny motyw znanego od początku opowieści mordercy (już słyszę te westchnienia zawiedzionych kryminało-maniaków). Mogę zdradzić jedynie tyle, że z trzech prowadzonych przez bohaterów śledztw tylko w jednym przypadku mordercę "przedstawiono" czytelnikom dość wcześnie i to też nie tak do końca. Równocześnie śpieszę zawieść wszystkich tych, którzy liczą na kolejny kryminał z gatunku "pięć osób, trup i detektyw w jednym stali domu" - tutaj czegoś takiego nie znajdziecie. Tutaj dostaniecie opisy wiarygodnej, rzetelnej, policyjnej roboty opartej w 100% na dowodach i poszlakach, a nie na tym, jaką kto minę zrobił na widok widelca deserowego tkwiącego w uchu denata.

Druga mocna strona powieści, to jej klimat. Dawni pisarze kryminałów, tacy jak Agatha Christie czy Arthur Conan Doyle z różnych względów omijali przedstawianie realiów świata, w których kazali działać swoim bohaterom. Może uważali, że przecież czytelnicy sami żyją w wiktoriańskiej Anglii i nic im tłumaczyć nie trzeba (Doyle), albo że w takiej Anglii jeszcze do niedawna żyli (Christie)? Albo wstydzili się wszechobecnego w tamtym czasie syfu i smrodu? Nie wiem. W każdym bądź razie, to właśnie sugerują ich książki. A większość ich naśladowców jest zbyt w swoich idoli zapatrzona i popełnia ten sam błąd - zero, albo praktycznie zero jakiegokolwiek dalszego planu, na którego tle bohaterowie nabraliby wyrazistości. Na szczęście, w "Panu Whicherze..." jest dosłownie na odwrót. Autorzy przedstawili bardzo szczegółowo realia czasów, w których Whicher i Czernyszewski prowadzą swoje śledztwa. Nie tylko wprowadzają czytelnika w rozgrywki polityczne, od których w ówczesnej Warszawie (i nie tylko) wprost kipiało, ale mamy także smakowicie podaną otoczkę obyczajową, tak od strony arystokracji, jak i klasy średniej oraz biedoty. Nie pominięto też konfliktów kulturowych (i nie tylko), do których dochodzi pomiędzy Polakami, Rosjanami i Anglikami. Świat powieści jest szczegółowy, niezmiernie bogaty i kolorowy.

Ale że nie ma takiej beczki miodku, w której nie byłoby łyżki dziegciu, tak i tu są rzeczy, które mniej lub bardziej zgrzytają. Na ten przykład, zgrzytało mi to, że w powieści nie ma wyraźnego wskazania, który bohater, Whicher czy Czernyszewski, jest głównym bohaterem. A może obaj? Niby Whicher pojawia się w tytule, ale zdecydowanie zbyt często jest traktowany po macoszemu, troszkę za bardzo drugoplanowo. Czernyszewski znowuż się w tytule nie pojawia, ale ze względu na jego znaczenie dla fabuły powieści nie można też powiedzieć, że jest postacią drugoplanową. Poza tym obie postacie są prowadzone ździebko chaotycznie - najpierw dzielą się książką po równo, potem w losowo generowany (bo nie do końca dla mnie logiczny) sposób znikają raz jeden, raz drugi, aby trud ciągnięcia fabuły wrzucić na barki partnera. Przy czym to Czernyszewski znika częściej i na dłużej (a szkoda, bo z tej dwójki jego lubię bardziej).

Inną rzeczą jest podkolorowanie historii, do którego przyznają się Autorzy. Pal licho transatlantycki kabel telegraficzny, czy warszawskie budynki. Ale już robienia z jedenastoletniego Morgana Earpa U.S. Deputy Marshala nie zdzierżyłem. Zwłaszcza, że nigdy nie służył w Nowym Jorku (ba, nawet nie jestem pewien, czy kiedykolwiek tam był). A nawet gdyby służył, to na pewno nie jako U.S. Deputy Marshal, bo ta formacja zajmowała się całkiem inną robotą niż ta, którą Autorzy każą wykonywać nieletniemu Morganowi w powieści.

Moja ocena to 7,5/10. Arcyciekawie przedstawiony klimat Warszawy początku lat 60-tych XIX wieku i dobra, kryminalna fabuła pozytywnie wyróżniają książkę na tle innych kryminałów, które pojawiają się ostatnio na rynku. I choć, jak na mój gust, zbyt chaotycznie poprowadzeni bohaterowie i parę innych, mniej lub większych zgrzytów nie pozwalają mi dać najwyższej możliwej noty, to polecam lekturę "Pana Whichera w Warszawie". Bo, po prostu, fajnie się tę powieść czyta. I tyle. 

Tytuł: Pan Whicher w Warszawie
Autor: Agnieszka Chodkowska–Gyurics, Tomasz Bochiński
Wydawca: Instytut Wydawniczy Erica
Data wydania:  2012
Liczba stron: 496 (z reklamami)
ISBN: 978-83-62329-68-7