Opcje na śmierć - Jarosław Klejnocki

Kryminalne opcje

Anna Klimasara


Kiedy zaczęłam się zastanawiać, co napisać o książce „Opcje na śmierć” Jarosława Klejnockiego, doszłam do wniosku, że w pierwszej kolejności powinnam ustalić, według jakich kryteriów najlepiej oceniać kryminały i co sprawia, że dany kryminał uznaję za udany. Bo że mamy do czynienia z kryminałem, nie ulega najmniejszej wątpliwości, tak książka ta została zaklasyfikowana przez wydawcę i tak też należy do niej podchodzić. Ostatecznie stwierdziłam, że biorąc do ręki kryminał, zwracam szczególną uwagę na trzy kluczowe elementy i to na nich skupię się przede wszystkim.

Co jako pierwsze przychodzi mi do głowy na myśl o kryminale? Morderstwo lub kradzież. Tutaj mamy morderstwo, a nawet dwa. Co więcej, pierwsze z nich z początku zostaje uznane za nieszczęśliwy wypadek, gdyż dochodzi do niego w trakcie białego szkwału na jeziorze. Sprawa robi się tym bardziej tajemnicza, gdy drugi uczestnik feralnego rejsu zostaje zamordowany w Amsterdamie. Pod tym względem mamy do czynienia z klasyką kryminału. A kiedy oba te zdarzenia zostają powiązane, wychodzą na jaw inne zbrodnie, obejmujące zasięgiem pół Europy, co zbliża książkę tematyką do powieści sensacyjnych i co w mojej ocenie wychodzi jej na dobre.

Idźmy dalej – potrzebny nam detektyw. W różnych książkach różnie bywa, rolę detektywa może odgrywać szereg postaci: przypadkowi świadkowie zbrodni, dziennikarze, żądni zemsty członkowie rodzin ofiar lub po prostu osoby zawodowo związane z rozwiązywaniem tego typu spraw. W „Opcjach na śmierć” mamy policjanta – komisarza Ireneusza Nawrockiego. Znajoma prokurator prosi go o drobną przysługę, związaną z pewnym tajemniczym listem, i tak oto Nawrocki wpada na trop zagadki. Żaden z niego superbohater czy mistrz dedukcji. Ot, zwykły policjant, rzetelnie wykonujący swoją pracę. I taki obraz przyjęłabym bez zastrzeżeń, ale niestety autor na tym nie poprzestał. Być może cierpię z powodu jakiegoś urazu po próbie zaprzyjaźnienia się ze szwedzkimi kryminałami, ale nadmiar szczegółów z życia osobistego głównego bohatera wywołuje u mnie wysypkę. Rozumiem chęć przybliżenia bardziej przyziemnej, a może po prostu ludzkiej strony jego natury, jednakże co za dużo informacji, to niezdrowo. Wiemy, czego Nawrocki słucha, jakie wina pije i które obrazy go zachwycają. Na dodatek komisarz akurat podejmuje kluczowe decyzje dotyczące swojego życia – postanawia odejść ze służby, co naturalnie pociąga za sobą szereg rozterek, a jakby tego było mało, wraz z żoną szykują się do roli rodziny zastępczej dla małej Krysi. Warstwa obyczajowa chwilami przytłacza wątek kryminalny, co zapewne nie każdemu czytelnikowi będzie przeszkadzać, jednak ja byłam nieco zawiedziona, że aż tak dużo miejsca w tej – nie ukrywajmy – nie za długiej powieści autor poświęcił sprawom z mojego punktu widzenia mało istotnym.

Nie mogę nie wspomnieć w tym miejscu o pozostałych bohaterach. Jakiś czas temu pisałam o „Ziarnie prawdy” Zygmunta Miłoszewskiego, w której to książce naprawdę wszystkie, nawet najmniej istotne dla fabuły postaci żyły i mówiły własnym głosem. W „Opcjach na śmierć” mamy do czynienia z rozczarowująco schematyczną budową większości opisywanych osób, które nawet jeśli otrzymują od autora coś, co ma je wyróżniać – sposób mówienia, zachowanie, przeszłość – to wszystko jest stłamszone sztywnymi ramami nijakości, poza które nikt nie ma szans się wyrwać. Najlepszym przykładem są bliscy współpracownicy Nawrockiego, oboje, można by rzec, po przejściach, ale przedstawieni tak... bezpłciowo, że nie sposób ani im współczuć, ani choćby troszkę ich polubić.

Zostawmy jednak bohaterów drugiego planu tam, gdzie ich miejsce i przejdźmy do trzeciego, być może najważniejszego elementu kryminału, jakim jest intryga. Chyba nie ma nic gorszego od źle poprowadzonego wątku kryminalnego, kiedy to czytelnik już w połowie prawidłowo odgaduje, kto zabił i pozostaje mu tylko przyglądanie się z politowaniem bohaterom, którzy uparcie nie chcą dostrzec oczywistego. W przypadku „Opcji na śmierć” nie tyle ważne jest, kto zabił, ale dlaczego i muszę przyznać, że odkrywanie wraz z komisarzem Nawrockim kolejnych warstw zagadki sprawiło mi przyjemność. Pełen obraz sytuacji uzyskujemy z czasem, a poszczególne rozwiązania są dobrze rozłożone w przestrzeni książkowej, dzięki czemu intryga stosownie intryguje do samego końca.

Jako kryminał „Opcje na śmierć” sprawdzają się zatem całkiem nieźle. Czemu więc taką uwagę zwracam na kryminalność powieści bądź jej brak? Bo mam wrażenie, że autor trochę o niej zapomniał, przez co proporcje między kryminałem a powieścią obyczajową zostały nieco zachwiane. Ponadto dodał szereg „mrugnięć” do czytelnika w postaci nazwisk swoich kolegów po fachu, nazwisk piłkarzy, a nawet pożyczonego bohatera (na szczęście ponoć za wiedzą i zgodą autora), które być może niektórym czytelnikom wydadzą się sympatyczne, ale mnie tylko irytowały, zupełnie niepotrzebnie odwracając uwagę od treści. Być może, gdyby były podane w subtelniejszy, bardziej zawoalowany sposób, czerpałabym przyjemność w odnajdywaniu tego typu smaczków, tymczasem w „Opcjach…” czytelnik dostaje nimi niczym szpadlem w potylicę, a to już żadna przyjemność. Milczeniem (no, prawie) pominę fakt wprowadzenia do powieści postaci samego autora – do mnie takie chwyty nie przemawiają i staram się o tych fragmentach zapomnieć, ale to zapewne kwestia gustu.

Powtórzę zatem – jako kryminał „Opcje na śmierć” sprawdzają się całkiem nieźle, ale byłoby o wiele lepiej, gdyby autor powściągnął nieco ambicje uczynienia z kryminału czegoś więcej. Nie każda książka musi aspirować do roli niezwykle złożonej, szarpiącej emocjonalnie powieści współczesnej, bo w przypadku niektórych rzeczy – prostych z założenia – łatwo przekombinować. A kryminał to rzecz prosta – morderstwo, bohater, intryga. I tyle.

Tytuł: Opcje na śmierć
Autor: Jarosław Klejnocki
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Data wydania: listopad 2012
Liczba stron: 358
ISBN: 978-83-08-05016-3