Upalna zima - Kareta Wrocławski

Cztery piwka na stół…

Hubert Przybylski


Jak bardzo poważna może być poważna fantasy, wie chyba każdy, kto się z nią zetknął. Heroiczni bohaterowie stojący przed równie heroicznymi wyzwaniami, walczący po stronie moralnej słuszności w epickich bitwach z arcyzłem i/lub monstrualnymi monstrami, tonący w zalewie patosu i wzniosłości… Rzekłbym - normalna zdrowa tragedia. Kilka takich powieści, albo jeden dłuższy cykl i człowiekowi przychodzą do głowy różne dziwne pomysły. Na ten przykład, żeby się z tak poważnej fantasy ździebko ponabijać. A gdy taki pomysł zagości pod płową (bardziej lub mniej) strzechą włosów rosnących na głowie pisarza-fantasty, to po jakimś czasie pojawiają się na rynku wydawniczym owoce tej gościny. Tak powstały utwory Toma Holta i Michaela Gerbera. I tak właśnie zaczęła się właściwa przygoda ze Światem Dysku Terry’ego Pratchetta („Warstw wszechświata” i „Ciemnej strony słońca” nie liczę). Na naszym swojskim poletku też pojawiło się kilka takich utworów - choćby powieść „Zaklinacz” Roberta J. Szmidta, czy dwie książki (tom opowiadań i powieść) przygód grabarza Moncka autorstwa Tomasza Bochińskiego. Także Andrzej Pilipiuk w kilku z opowiadań o Jakubie Wędrowyczu nawiązał do fantasy. Ale największą perełkę stworzył Kareta Wrocławski.

Kareta Wrocławski narodził się w 1996 (inne, znalezione w sieci daty to 1994 i 1992), jako wynik konwentowego wypadu do Zielonej Góry czterech ludzi: Adama Cebuli, Eugeniusza Dębskiego, Andrzeja Drzewińskiego i Piotra Surmiaka. Taka ilość zaangażowanych w tworzenie osób, z których każda prowadzi aktywne życie zawodowe (niekoniecznie pisarskie) sprawiła, że utwory pisane przez Karetę pojawiały się niezmiernie rzadko – średnio raz na kilka lat. Pierwszą „ofiarą” Karety miał być Andrzej Sapkowski i jego główny bohater, wiedźmin Geralt. Z czasem jednak pomysł troszeczkę ewoluował i ostatecznie, w 1997 roku, pojawił się tekst zatytułowany „Podwójna moc drożdży”. Następne opowiadanie, „Pandemolium”, ukazało się w 1998 roku i przyniosło twórcom nominację do Nagrody im. Janusza A. Zajdla. Później pojawiły się „Smoczy wyścig” (2001) i „Czas na mokrą robotę” (2004). I na długie osiem lat Kareta Wrocławski zniknął. Aż do teraz, bo właśnie ukazało się zbiorcze wydanie tych pierwszych czterech opowiadań, uzupełnione o nowy tekst (nie wiem, czy to jeszcze opowiadanie, czy już mikropowieść), zatytułowany „Gorący podmuch zimy”.

„Upalna zima”, bo taki tytuł ma zbiór tekstów Karety, to lekko rozciągnięte w czasie przygody handlującego węglem (ojciec mu kazał) szlachcica Waldara i grupki jego przyjaciół - poety Bokanovy, gorzelnika i wynalazcy Beppo oraz krasnoluda Roksanda. Czwórka bohaterów, których ulubionym sposobem na życie jest połączenie alkoholowego znieczulenia, dziewuch i kart, zostaje co chwila wplątana, albo też sama się wplątuje, przeważnie z powodu wcześniejszego spożycia trunków wyskokowych, w jakąś przygodę lub awanturę. A to Waldar musi rozwiązać problem zbyt opóźniającego się przyjścia na świat syna pewnego xięcia, a to stawia czoło rebelii krasnoludów, by zaraz potem razem z Bokanovą wziąć udział w wyścigu po smoczy skarb, a jeszcze później trafić w morskie głębiny. A na koniec, muszą przebrnąć przez gąszcz dworskich intryg i uratować księżniczkę (i przy okazji swoje głowy).

Wszystkie teksty w „Upalnej zimie” wprost kipią humorem. Raz czarnym, wisielczym humorem rodem z Latającego Cyrku Monty Pythona, raz takim wariackim, jakby żywcem wziętym z komedii slapstickowej, a kiedy indziej przyjmującego formę tak uwielbianych przez miłośników Pratchetta inteligentnych i pełnych sarkazmu i ironii komentarzy. W przeważającej części jest to humor rubaszny, można by rzec, że wręcz knajpiany, ale nigdy wulgarny. Oprócz samej idei fantasy, naszego fandomu i świata w ogóle, Kareta na celownik bierze również naukę - zwłaszcza fizykę. Co nie powinno dziwić, gdy na czterech asów Karety jeden jest profesorem, a drugi magistrem nauk fizycznych. Dzięki temu, teksty zyskują nowy wymiar, a młody, lub kształcony w mniej ścisłych naukach czytelnik, może uczyć się bawiąc. Choć użycie na egzaminie lub maturze sformułowania „pierwsza chyżość kosmiczna” może nie zawsze być dobrym pomysłem.

Gdybym miał się do czegoś przyczepić, oczywiście poza straszliwie powolnym procesem twórczym Karety, to będą to drobne niekonsekwencje w fabule opowiadań. Przykładem może być tu brat Waldara, który w pierwszym tekście nazywany jestGapkiem, a w ostatnim Sapkiem. Na szczęście jest takich błędów bardzo mało i zbytnio nie wpływają one na ocenę końcową. Natomiast to, co wpływa na tę ocenę, to pierwszy tekst, który jest najsłabszą częścią zbioru oraz nieco zbyt dużo niepotrzebnych dłużyzn w ostatnim tekście. Za te dwie rzeczy zabrałem po pół punktu.

Moja ocena „Upalnej zimy” to 9/10. Dawno już się tak nie bawiłem przy czytaniu i polecam ten tom opowiadań każdemu, kto czuje się zagrożony jesienną chandrą, albo kto chce się dowiedzieć, dlaczego smoki ligają, co to jest Bariera Beppa i dlaczego lepiej nie prosić zamorskich księżniczek, żeby pokazywały perły. Jedno tylko odradzam – nie wolno czytać tej książki przed snem, bo człowiek śmiejąc się dotlenia organizm i trudniej jest potem zasnąć. A jak się rechocze przez godzinkę czy półtorej non-stop, to potem już całkiem można zapomnieć o spaniu.

Tytuł: Upalna zima
Autor: Kareta Wrocławski
Wydawca: Paperback
Data wydania:2012
Liczba stron: 324
ISBN: 978-83-932486-5-0