Egipcjanin

Ocena: 
0
Brak głosów

Księga Wyjścia 11, 1-10; 12, 1-36

Pewien Egipcjanin zwlókł się z posłania, przypiął do pługa dwa woły i wyszedł na pole, by przygotować glebę pod zasiew, bowiem Nil niedawno wylał i naniósł żyzny muł na przybrzeżne łąki. Na zewnątrz swej chaty ujrzał krwawy świt – to bogini Nut rodziła Chepriego, który niczym żuk gnojowy wytaczał na horyzont słoneczną kulę.

Oracz uprawiał swój skrawek ziemi nad rzeką, utrzymywał rodzinę i płacił podatki faraonowi, którego nigdy nie widział na oczy, ale tak trzeba było robić, bo i tak czynili jego przodkowie. Ponadto kochał swoje zajęcie – uwielbiał czuć pod stopami wilgoć gleby, słyszeć mlaskanie, gdy lemiesz przerzucał kolejne skiby, lubił obserwować wodne ptactwo, święte krokodyle i patrzeć na falujące trzcinowiska papirusów. Miłował swoją żonę oraz ich dzieci. Oczekiwał pokornie dnia własnej śmierci, kiedy zasiądzie wraz z ojcami w świcie Ozyrysa.

Egipcjanin szedł nieśpiesznie za parą bydląt. Poganiał je lub zwalniał, gdy zbyt szybko wyrywały się do przodu, z szacunkiem spoglądał na leniwe wody życiodajnej rzeki i od czasu do czasu pozdrawiał sąsiadów, którzy również wyszli na pola, by orać w chłodzie poranka.

Chepri wytoczył już ognistą barkę na horyzont, niedługo przemieni się w Re – słońce zenitalne. Zapewne kobiety już wstały, szykowały strawę dla mężów – mieliły zboże na podpłomyki, ugniatały czerwone jagody, którymi zabarwią piwo...

Nagle trzcinowiska zaszumiały. Było w tym coś wrogiego, jakby oddech samego Seta wygnanego na pustynię przez Horusa.

Z wioski dało się słyszeć krzyk, później następny i kolejny. Cały chór uderzył w niebo. Mężczyźni zatrzymali się zdumieni. Przykładali dłonie do czół i wytężali wzrok. Kobiety wybiegły z chat. Przebierały nogami, deptały spulchnioną glebę, w ich oczach widzieli szaleństwo lwiogłowej Sachmet. Rozdzierały szaty, wyrywały włosy, niektóre z nich dźwigały na rękach bezwładne kukły. Egipcjanin wyłowił w tłumie i swoją żonę, która przeskakiwała grudy ziemi, kanały melioracyjne i kamienie. W ramionach niosła ich dziecko – pierworodnego syna.

– Mężu! – zakrzyknęła nieludzkim głosem. – Bogowie go nam odebrali! Za co?! Powiedz mi, za co?! – padła na kolana w błoto, a jej łzy obmywały sztywniejące członki chłopca.

            Stary Egipcjanin nie wiedział, który z bogów mógł wykazać się takim okrucieństwem.