Legenda o Smoku Wawelskim

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

– Wielu śmiałków było tu przed tobą – warknął smok, wypuściwszy nozdrzami kłęby rozgrzanej pary. Szewczyk Skuba zadygotał i omal nie sfajdał się przy tym w płócienne portki. – Tracę cierpliwość. Od kogo tym razem?

– P-przysyła mnie miłościwie nam panujący król Krak – wykrztusił, cudem tylko nie przygryzając sobie języka. Zęby klekotały mu ze strachu; skórzaną torbę trzymał przed sobą niczym rycerz tarczę. – Tyś jest Smok, co go Wawelskim wołają?

– Ja.

– Zamieszkały w Smoczej Jamie u stóp zamku, co go w całym świecie zowią Wawel?

– Ja – przytaknęła bestia, schyliwszy łuskowaty pysk. Była wielka jak stodoła. Złote gadzie oczy, wielkie jak krowie łby, płonęły blaskiem najczystszej irytacji.

Szewczyk Skuba wziął głęboki oddech i wyprostował się. Jak śmierć spotkać, to tylko z podniesionym czołem.

– Tedy zawiadamiam, że na mocy rozporządzenia Królestw Zjednoczonych administratorem twoich danych osobowych jest miłościwie nam panujący król Krak! – wrzasnął. – Masz prawo do wglądu w swoje dane i swobodnej ich edycji, a także...

– Wiem, kurwa! – ryknął smok, targając łbem w złości. Z nozdrzy buchnął mu obłok siwego dymu, skórzaste skrzydła, dotąd ciasno przytulone do ciała, zatrzepotały nerwowo. – Odkąd weszła ta cholerna dyrektywa, ciągle tu kogoś posyłają i informują! Szału idzie dostać. Won mi stąd, bo zeżrę!

– Ale...

– Won, powiedziałem!

– Kiedy ja nie mogę – zajęczał przerażony chłopiec. Trzęsącymi się rękami ledwo wyłuskał z sakwy złożony na czworo pergamin. – Król kazali za potwierdzeniem odbioru...

– Dawaj to – warknął smok, zniżając łeb. – Pisać nie mogę, odcisk łapy może być?

– Może być – zgodził się Skuba z ulgą.

Rozprostował świstek na płaskim kamieniu u wejścia do jaskini. Smocza łapa, unurzana w podzamkowym błocie, przykryła go w całości. Gad odjął ją i dmuchnął gorącym oddechem, osuszając breję, jak gdyby był to kosztowny inkrust.

– A coś ty za jeden? – zapytał, przyglądając się chłopcu spod przymrużonych powiek.

– Nie wyglądasz mi na rycerza.

– Jestem szewcem.

– Że co proszę?

Skuba przestąpił z nogi na nogę. Szlam pełen niesionych przez Wisłę nieczystości doszczętnie przemoczył mu znoszone ciżmy.

– No... – zawahał się. – Szewcem jestem. Przez to rozparzęd... rozporządzenie król braki kadrowe mają, to i byle kogo biorą. Skuba mnie na imię.

Smok Wawelski parsknął. Z pyska zaleciało mu odorem przegniłego mięsa, ale szewczyk nawet się nie skrzywił – mało to się smrodu nawąchał w mistrzowskim terminie?

– Zjeżdżaj stąd – poradził gad, mlasnąwszy rozwidlonym ozorem. Skubie, któremu z wieku dziecięcego wyrosnąć udało się dzięki tej tylko właściwości, że niepotrzebnych pytań nie zwykł zadawać, nie trzeba było dwa razy powtarzać. Rzucił się do ucieczki, o mało nie gubiąc ciżem.

Był już daleko, daleko od podzamkowej jaskini, kiedy dobiegł go rozjuszony syk:

– Zasrane RODO...