Czarne futro

Ocena: 
0
Brak głosów

Dla klanu nów i pełnia księżyca zawsze były nocami świętymi. Pełnia, gdy zwierzę uwięzione w ludzkim ciele wydostawało się i gnało przez tundrę, a łapy, kopyta, skrzydła śpiewały o wolności. Nów, gdy człowiek silniejszą był częścią duszy i gdy ludzkie głosy wznosiły się ku niebu, ku gwiazdom, i śpiewały o miłości.

Raz do roku, po Pełni Łowców, nadchodził nów oczekiwany przez wszystkie klany. Na ziemi jednego z nich zbierali się wszyscy, a święto trwało trzy noce. Tego roku wybór padł na klan Naqi i w wiosce panował obłęd.

Matrony postawiły sobie za punkt honoru pokazać, że właśnie ich klan zapewnić potrafi najlepsze jedzenie, najpełniejsze stoły. Chleby kusiły bielą mąk i ostrym zapachem żytniego kwasu. Dzieci z całego klanu pilnie lepiły pierożki tak drobne, że dorosłemu mężczyźnie trzeba było trzech, albo i czterech, na jeden kęs. Mięsiwa ciemniały zanurzone w ziołowych marynatach i czerniały wędzone w dymie tak aromatycznym, że kręcił w nosie. Warzywa lśniące miodem i masłem rozpierały się w drewnianych misach. Naqi ganiała między jednym domostwem a drugim, przynosząc, odnosząc, zagniatając, polewając, próbując, wymieniając jedną garść ziół na inną.

Nie przepadała za tym świętem. Bo uczta i pełne brzuchy wstępem były do czegoś innego i tej części Naqi bała się najbardziej. Drugiej nocy, gdy zapalano ogniska, znacząc początek nocy, łowcy wychodzili z lasu, niosąc w dłoniach dary dla wybranek – futra i skóry, które dawniej zdobywali pierwszej nocy, ale teraz, po latach uświęcania tradycji, były najpiękniejszymi ze skór zdobytych tego roku. Wybranka miała prawo odmówić przyjęcia daru i nikt słowem się nie zająknął, ale wierzono, że przymierza zawarte tej nocy były święte i błogosławione. Naqi bała się. Bała się, że niedługo i przed nią stanie chłopiec o śmiejących się oczach, starzec o trzęsących się dłoniach, mężczyzna zaprawiony chłodem samotnych nocy. Bała się, że będzie musiała kiedyś, w końcu, wziąć oferowane skóry i odejść do nowego rodu. Bała się, że stała się wystarczająco dorosła, by zasłużyć na futra.

 A jednak założyła kamlejkę, którą uszyła poprzedniej zimy. A jednak splotła włosy w dwa warkocze, które spływały w zagłębienie obojczyka i tam stawały się jednym. A jednak stanęła wraz z innymi przy ognisku, twarzą zwrócona ku linii drzew.

Zła, bo wśród zgromadzonych przy ognisku twarzy nie znalazła swojej przyjaciółki, Atoat.  A przecież Atoat wiedziała, jak wielkim lękiem napawa Naqi ta część święta. Skoro znalazła idealną kryjówkę, powód do nieobecności tak dobry, że żadna z matron nawet nie zwróciła uwagi, to czemu nie podzieliła się tą wiedzą z przyjaciółką? Czemu zostawiła ją samą? Na pastwę znienawidzonej ceremonii? Łzy cisnęły się jej do oczu i tak bardzo pragnęła znienawidzić przyjaciółkę, ale też jaśniała w niej radość, że choć Atoat uniknie Wyboru Małżonka.

Spojrzała na Kiakshuka i przez chwilę życzyła mu, by pochodnia, którą trzymał w dłoni, zgasła. Skarciła się. Tak wiele oczu z nadzieją patrzyło na linię drzew, oczekując, wypatrując ukochanej twarzy. Jakże mogła chcieć im to odebrać? Kiakshuk rozpalił ognisko, a z lasu powoli zaczęli wychodzić łowcy.

Naqi wbiła wzrok w ziemię, mając nadzieję, że zostanie przeoczona. Niestety.

Przed nią zatrzymał się łowca z Klanu Wilka. Zdobione skóry, które trzymał w dłoniach, były piękne i odruchowo wyciągnęła po nie ręce, gdy obok nich pojawiło się pojedyncze czarne, jedwabiste futro. Podniosła wzrok i spojrzała w pełne nadziei oczy Atoat.

Dotknęła czarnego futra i rzuciła się przyjaciółce w ramiona, nie słysząc westchnienia z jakim jej matka odsunęła bezcenne futra od głodnych płomieni.