Kolekcjoner miast

Ocena: 
0
Brak głosów

Czerwone jabłko potoczyło się prosto między jego nogami. Nabrzmiały słońcem owoc zatrzymał się dopiero przy starym, po brzegi wypełnionym sianem wozie zaprzężonym w karego konia. Bawiące się na dworze dzieci prawie nie zwróciły na niego uwagi. Stary woźnica pochylił się nisko, by dobrze mu się przyjrzeć. Wtedy jabłko, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniło się w niebieską chmurkę dymu i zniknęło. Woźnica zsunął czapkę na tył głowy i podrapał się po łysinie. Takich rzeczy; to on jeszcze w życiu nie widział. Odwrócił się z westchnieniem, chcąc przez rozpoczęciem długiej drogi porządnie oporządzić konia, ale  okazało się, że ów koń zniknął w równie tajemniczy sposób co wcześniej owoc. Tego woźnicy było już stanowczo za wiele. Zwłaszcza, że nie był to pierwszy raz, kiedy w taki sposób tracił konia.

Kiedy wpadł do środka czerwony z gniewu i zmęczenia – droga do urzędu całe dwa kilometry, a posiadacz wozu odwykł już od  chodzenia kazano mu grzecznie zająć miejsce w kolejce, wśród ludzi, którzy, podobnie jak on, narzekali na „te sprawy”.

Miasto miało problemy dwojakiej natury; magiczni za nic nie chcieli stosować się do przepisów prawa, które zabraniało im przekraczania normalnych granic, a miejscowi nie mieli pojęcia, w jaki sposób mogliby przestrzeganie takiego prawa wyegzekwować, zwłaszcza, że rozmowa z nimi nie miała sensu, bo zawsze uciekali się do różnych magicznych sztuczek. Normalni odwdzięczali się tym drugim pięknym za nadobne; sprzedawali zepsute jajka, wypiekali chleb na nieodpowiedniej mące, podrzucali kurom stare śmieci do jedzenia zamiast ziarna i robili wiele innych, równie paskudnych rzeczy, których nigdy nie dawało się udowodnić.

Zaprzężony w wóz koń, wraz z całą stertą nikomu niepotrzebnego siana, wylądował na obrzeżach miasta, gdzie nikt się nim nie mógł zainteresować. Koń nabawił się po drodze plam w czterech kolorach, wóz zamienił się w wychodek, a siano, elegancko ułożone w snopy, wylądowało na czyimś polu. Nie do końca opanowana magia siała spustoszenie niemal w każdym mieście, a wszystko to wynikało z faktu, że studentom kazano dużo ćwiczyć. Praktyka czyni mistrza, mawiano. Tylko nie ostrzegano przy tym gdzie i w jakich warunkach należy ćwiczyć, więc studenci ćwiczyli, gdzie popadnie. Na karczmarzu, jego żonie i dzieciach, starym młynie, przepływającej obok rzece, zwierzętach i sprzętach gospodarskich, i na czym tylko przyszło im jeszcze do głowy.

Zdawało się, że nikt i nic nie jest w stanie ich powstrzymać. Ludzie grozili buntem, mówili,  że zbiorą się razem i wyrzucą ich wszystkich z miasta, jak tylko uda im się ich znaleźć, co wcale nie było takie proste, jak się na początku zdawało.

Tymczasem w samo południe środkiem głównego placu przechodziły cztery niebieskie kury, na przemian to powarkując, to skomląc. Gdzieś w oddali zapiał kogut, myląc wschód słońca z jego pozycją w zenicie, a woda w rzece uparła się, by płynąć w drugą stronę. Drzwi sklepowe to otwierały się, to zamykały, więżąc swych klientów zarówno w środku, jak i na zewnątrz.

Widać studenci nie przykładali się do nauki,  jak należało.

Zapanował ogólny chaos.

Wtedy w mieście pojawił się on. Pewnie wkroczył do ratusza i zupełnie nieproszony wszedł do gabinetu burmistrza, po czym  złożył mu ofertę nie do odrzucenia.

Przegoni leniwych studentów magii z miasta, a w zamian burmistrz spełni jedno jego żądanie. Nie obawiając się zbytnio nędznie odzianego mężczyzny, burmistrz ochoczo przystał na te warunki.

W końcu będzie to problem kogoś innego - pomyślał z nieskrywaną ulgą.

 

– Kiedyś sam tak się zachowywałem – mruknął pod nosem przybysz, zakasując rękawy i przygotowując się do działania.

Ludzie oblegli go ze wszystkich stron. Każdy był ciekawy, jakich środków użyje, by przywrócić w mieście spokój. Tymczasem on stał w gorącym popołudniowym słońcu z zakasanymi wysoko rękawami, nie robiąc nic. Zniecierpliwieni i nieco rozczarowani ludzie pomału zaczęli się rozchodzić.

Wtedy przybysz wyciągnął z kieszeni niewielkie, drewniane pudełko. Ułożył je ostrożnie na ziemi, a ono zaczęło rosnąć, aż nagle otworzyło się z głośnym trzaskiem. Górna pokrywa odskoczyła, ukazując zupełnie puste wnętrze. Zewsząd rozległy się jęki ogólnego zawodu. Nikt nic z tego nie rozumiał.

Jeden z gapiów odważył się podejść bliżej i ostrożnie zajrzeć do środka. Coś błysnęło mu przed oczami, więc zamrugał kilka razy, boleśnie oślepiony. Widząc, że śmiałek idzie przed siebie błędnym krokiem, potykając się co chwilę na prostej drodze, ludzie zaczęli między sobą szeptać, że ów wybawiciel jest znacznie gorszy niż studenci, na których tak tu wyrzekano.

Za przykładem tego jednego; poszli inni i wkrótce już całe miasto zachowywało się podobnie.

Przybysz zaczekał, aż pudełko wróci do pierwotnych rozmiarów, i schował je z powrotem do kieszeni.

Wybiła północ. Po mieście włóczyły się jedynie porywane wiatrem liście i grupa studentów, która zamierzała trochę poćwiczyć pod osłoną ciemności. Nagle pod ich stopami, dokładnie w miejscu, gdzie wcześniej leżało niepozorne pudełko, pojawiła się żółta droga, biegnąca krętymi zawijasami prosto przed siebie. Studenci, wiedzeni dziwnym impulsem, ruszyli jej traktem. Po drodze dołączali do nich inni, równie otumanieni, patrzący jedynie pod nogi, a nie na to, co dzieje się dookoła.

Po dwóch godzinach po studentach nie było ani śladu. A do  miejsca, do którego trafili, nie miał wstępu żaden z normalnych ludzi.

Kiedy przybysz ponownie udał się do ratusza, okazało się, że burmistrz zmienił warunki umowy. Zamiast spełnić życzenie przybysza, chciał podarować mu klucze do miasta i honorowe obywatelstwo.

To bardzo przybysza zdenerwowało. Wybiegł z ratusza bez pożegnania.

Następnego dnia, wcześnie rano, wydarzyła się rzecz nad wyraz dziwna.

Na środku placu znów pojawiło się pudełko, lecz tym razem nie było w pobliżu obcego mężczyzny.

Ludzie, niczym nie ograniczani, podchodzili do niego, wkładali do środka ręce; lub potrząsali nim mocno, chcąc sprawdzić, czy nie ma czegoś w środku.

Pudełko znowu błysnęło. Tym razem tylko raz.

Czas się zatrzymał; nie drgnął ani jeden listek, nie poruszył się żaden człowiek, a w rurach zatrzymała się woda. A potem pudełko wciągnęło do środka całe miasto, razem z żywym inwentarzem, sprzętem wszelkiej maści i wszystkimi ludźmi.

Wówczas znowu pojawił się przybysz. Ostrożnie zamknął pudełko i schował je do kieszeni.

– Kiedyś sam tak się zachowywałem – mruknął, odwijając podciągnięte do łokci rękawy. – Wtedy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że kłamstwo, magia i upór mają ze sobą coś wspólnego. Potrafią zabijać. A to miasto, jak dwadzieścia innych, zupełnie obyczajowo niepoprawnych,  trafi do mojej kolekcji. Tym razem pod literą „K”.

 

Wyruszył w dalszą drogę, na własnej skórze chcąc się przekonać, czy uda mu się dodać do swojej kolekcji następne trofeum, tym razem pod literą „L”.