Ziołowa transakcja

Ocena: 
0
Brak głosów

Darius Schindler czasem latał z ojcem na stację orbitalną, by pomagać mu przy sprzedaży i patrzeć, jak targuje się o ceny, był więc oswojony z transporterem cywilnym. Jednak gdy wszedł na pokład kiritiańskiej korwety, poczuł się, jakby przeniesiono go do innej rzeczywistości. Temperatura była znacznie niższa niż na planecie, tak że chłopak z początku masował sobie ramiona, nim, oniemiały, zaczął żwawo przemieszać się po pokładzie, z kapralem Tsarem Seymourem za plecami. Powietrze okazało się bezwonne, choć można by rzec, że wyczuwało się metal. Bo metal był niemalże wszędzie, od dhurnstali tworzącej szkielet okrętu, po elementy transparentne i przezroczyste, lecz twardsze od meteorytowego węgla krystalicznego. Minimalistyczne lampy wbudowane w pomieszczenia i korytarze tworzyły oniryczną kompozycję świateł, choć i tak po wylądowaniu część wyłączono. Sterylność i czystość biła z każdego kąta. Darius z nieskrywaną fascynacją oglądał każdą instalację czy urządzenie, szczególnie zdumiał się na widok maszynowni, do której wszedł bez pozwolenia.

– Wasz okręt jest obłędny!

– Jak tam? Napatrzyłeś się? – Tsar przystanął obok Dariusa, który z nabożnym zachwytem spoglądał teraz na szafki arsenału.

Chłopak uniósł rękę, by dotknąć osłony chroniącej karabin impulsowy zasilany miglightem.

Rozbawiony Seymour uśmiechnął się.

– To cudo w sekundę rozwaliłoby twoją chałupę razem z polem.

Z kieszeni Dariusa wypadł pokruszony liść. Tsar ściągnął brwi, pochylił się i podniósł susz. Westchnął z nie mniejszym entuzjazmem niż młody Schindler na widok technologicznych cudowności.

– Diabelskie ziele… A niech mnie, prawdziwe diabelskie ziele! – Ze zdumieniem spojrzał na Dariusa. – Skąd masz taki towar?

Zmieszany chłopak wyrwał mu liść z dłoni i schował do kieszeni.

– Znalazłem. Płaskolec jest dobry na rany.

– Na rany?! Wiesz, jakie to rzadkie dziadostwo w Zodiac Universum, oporne na hodowlę? Wiesz, ile forsy kosztuje za gram?! I ma to nieco… lepsze zastosowanie niż okładanie sobie skaleczeń.

Darius uśmiechnął się lekko. Wyciągnął ponownie susz i zamknął w pięści.

– Chcesz?

– No pewnie, dawaj! – Seymour wysunął rękę, lecz chłopak cofnął swoją.

– Nie za darmo.

– No patrzcie gówniarza. Dopiero co pokazałem ci korwetę!

– Bo Kiret ci kazał.

– I jeszcze ma niewyparzoną gębę. – Tsar podparł się pod boki. – Dla ciebie to pan imperator Biffter, Pierwszy Dygnitarz Galaktyczny. No dobra, skoro skąpisz mi diabła, to pokaż  chociaż, gdzie rośnie, sam sobie nazbieram.

– Nie ma już tego. Wyzbierałem wszystko, a znalazłem tylko jedną taką roślinę w życiu.

– Co chcesz w zamian?

– Hmmm… – Darius ostentacyjnie zaczął rozglądać się po pomieszczeniu, udając, że się namyśla. – To. – Wskazał podziwiany wcześniej karabin impulsowy.

Tsar prychnął, machnął rękoma.

– Chyba cię pogięło, synek. To broń dla mężczyzn, a nie dzieciaków, ponadto do niczego ci na planecie niepotrzebna.

– Zawsze może pojawić się jakieś zagrożenie, wówczas będę przygotowany. Pomogę ojcu bronić rodziny.

– Przynajmniej gadasz z sensem. Ale nie dam ci tej broni, bo nie umiesz się nią posługiwać, jest za duża, by przemycić ją z korwety, ponadto kosztuje kupę forsy.

– Pewnie Kiritianie produkują ją taśmowo, więc nie wychodzi tak drogo.

– Dobrze, że znasz się na ekonomii. Chociaż nie produkujemy jej taśmowo, bo nie ma wojny. Niestety, dzieciaku, nie dostaniesz karabinu.

Darius wzruszył ramionami.

– Nie ma broni, nie ma płaskolca. Dzięki za wycieczkę. – Ruszył w stronę pochylni hangaru.

– Ty… Czekaj no. – Seymour złapał go na korytarzu, rozejrzał się, czy nie ma w pobliżu innych Kiritian. – Może chcesz karwasz? – Wskazał część uzbrojenia ramienia. – Każdemu agresorowi złamiesz szczękę, jeśli tym mu przywalisz. Ma ponadto taki bajer. – Darius wzdrygnął się, gdy z karwasza błyskawicznie wysunęły się dhurnstalowe ostrza i zamajaczyły mu tuż przed nosem. – Niezłe, nie? Trochę treningu i krzepy, a załatwisz tym każdego przeciwnika, który nie będzie mieć broni dystansowej. Mam też lokalizator drobnych organizmów pod ziemią, przyda się wam przy uprawach.

– Nudy. Chcę broń.

– Nie przekonam cię do czegoś innego?

– Nie.

– Przeklęty syn straganiarza.

– Nie obrażaj mnie, bo powiem Kiretowi, że jarasz zakazane zioło.

– Ojej, uważaj, bo mnie wyleją z roboty! – Seymourowi zaczynał podobać się ten chłopak, uśmiechnął się więc, zamiast znów go rugać za to, że nie zatytułował imperatora. Nachylił się nad nim. – Powiem ci w sekrecie, że jestem niezastąpiony.

Darius też się uśmiechnął.

– To dasz mi broń.

Kiritianin długo i głośno wypuszczał powietrze, patrząc w strop.

– Widzę, że tej walki nie wygram. No dobra. Ale nie mów nikomu, a wiem, że będzie cię korciło, by się pochwalić.

– Nikomu nie powiem, przysięgam.

Tsar pchnął Dariusa w plecy. Wrócili do arsenału.

– Musimy iść jednak na kompromis. Mogę ci dać to. – Wskazał X17A4, pistolet na samoodnawialną amunicję świetlną, będący podstawową bronią każdego kiritiańskiego wojownika.

Darius krzywił się przez chwilę.

– No trudno, niech będzie.

– Dużo masz tego diabelskiego ziela?

– Jakieś pięćdziesiąt gramów, ale mogę dać tylko połowę. To naprawdę się przydaje na wszelkie skaleczenia.

– Bo to bóg, a nie roślina. Oto twoja zapłata. – Tsar wyjął zza osłony broń i wręczył ją Dariusowi, któremu oczy niemalże wyszły z orbit. – Tylko schowaj porządnie. I mam nadzieję, że nie będziesz tego używać do kozaczenia i straszenia kolegów.

– A jak to działa?

– Przesuwasz bezpiecznik, celujesz i naciskasz aktywator. I tyle. X17A4 jest z dhurnstali, co oznacza, że możesz go zrzucić w przepaść na skały, a nawet się nie zarysuje. Strzela także pod wodą. Musisz jednak pilnować paska energii, bo gdy dojdzie do zera, trzeba odstawić broń na kilka minut. Dlatego X17A4 nadaje się na wyposażenie podstawowe i nagłe przypadki, niewymagające prowadzenia dłuższego ognia.

Darius schował pistolet pod luźną koszulę, wciskając go za pasek od spodni.

– Dzięki, kapralu Seymour. Jak wyjdziemy, to zaraz przyniosę ci liście płaskolca.

– Umówmy się, że mi je zostawisz w jakimś miejscu. Nie chcę, by ktokolwiek widział, że mi coś przekazujesz. Powiem, że idę się odlać czy coś i wezmę ukryty pakunek. – Kiritianin puścił mu oko.

Zgadali się, że Darius zostawi zapakowane liście płaskolca przy kręgu głazów nieopodal gospodarstwa, gdzie John Schindler pali chwasty. Niedługo przed odlotem korwety Tsar, upewniwszy się, że nikt nie zwraca na niego uwagi, poszedł w ustalone miejsce. Szybko znalazł towar. Zajrzał do przysypanej piaskiem lnianej torebki i zadowolenie spełzło mu z twarzy.

– Niech ja dorwę tego bachora…

W środku były tylko cztery upchane listki. Rozejrzał się, lecz, tak jak się tego spodziewał, Dariusa nigdzie nie było.

– Tsar, gdzie cię wcięło? Zaraz odlatujemy – odezwał się przed komunikator sierżant Wiktor Shane.

Skwaszony Seymour nie miał wyboru, jak tylko udać się na okręt.