Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Uczta dusz -Celia S. Friedman

Celia S. Friedman – Uczta Dusz

Marek Adamkiewicz

Tematyka magii i władających nią magów chyba nigdy się czytelnikom nie znudzi. Od czasów „Władcy Pierścieni” co rusz powstaje kolejna powieść traktująca o tych, którzy mają moc i władają tajemniczą siłą, czyniąc cuda niedostępne dla zwykłych ludzi. Jeśli coś się sprzedaje, nie widzę oczywiście powodów, by utyskiwać na taki stan rzeczy, tym bardziej, że od czasu do czasu trafi się pozycja na tyle interesująca, by w kąt odstawić tezy o wypaleniu się gatunku. I nie musi to być nawet książka nie wiadomo jak nowatorska, wystarczy, że w sprawny i interesujący sposób przedstawia tematykę znaną i lubianą. Taką właśnie powieścią jest „Uczta Dusz” autorstwa Celii S. Friedman.

W świecie, w którym dzieje się akcja otwierającej „Trylogię Magistrów” książki, magia jest przywilejem dostępnym niewielu. Władający nią tworzą kastę Magistrów i są jednymi z najpotężniejszych postaci na świecie. Swoją potęgę czerpią bezpośrednio z dusz innych ludzi, pasożytując na nich, czym odróżniają się od zwykłych czarowników i czarownic, którzy pozyskują energię bezpośrednio z siebie, przybliżając tym samym własną śmierć. Magistrowie wolą nie być w centrum zainteresowania, kierują polityką morati (ludzi śmiertelnych) z boku, doradzając królom i snując przy okazji własne intrygi. Co więcej, dostęp do „magii dusz” mają tylko mężczyźni. Jak to jednak zwykle bywa, pojawia się ktoś, kto wywraca cały znany porządek do góry nogami, a tym kimś jest młoda kobieta - Kamala, która nieoczekiwanie sama staje się Magistrem.

Autorka zaczyna powieść od dosyć ogranego schematu. Młoda i niedoświadczona dziewczyna dzięki swojej wytrwałości i pomocy innych, wyrywa się z ubóstwa i zaczyna odkrywać ukryte talenty. Skądś to znamy, prawda? Na szczęście dalej nie ma już aż tak utartych motywów, a powieść zaczyna nabierać swojego własnego, całkiem unikalnego kolorytu. Na taki stan rzeczy wpływa przede wszystkim to, jak autorka wymyśliła sobie ukazanie magii. Tutaj nie jest to moc, którą dobrzy czarodzieje wykorzystują przede wszystkim do wspaniałych i altruistycznych czynów. Magistrowie bowiem to kawał zimnych sukinsynów, znudzonych nieśmiertelnością, rywalizujących ze sobą i zazdrośnie skrywających swoje tajemnice. Daleko im do magów pokroju Gandalfa. Wprowadzenie zabiegu wykradania życia innych, by samemu nie umierać, daje autorce pole do popisu, może snuć dywagacje o moralności takiego postępowania. Nie na tym oczywiście skupia się cała akcja, ale przemyślenia czy to Kamali, czy też innych postaci, są miłym oderwaniem od toczącej się fabuły i nadają „Uczcie Dusz” więcej głębi.

 

Wspomniałem, że poza początkiem powieść nie jest schematyczna? Cóż, nieco nagiąłem prawdę, bowiem wątek nadciągającego nad krainę starożytnego niebezpieczeństwa był już przez różnych autorów wielokrotnie wałkowany. Tym razem jest to jednak o tyle ciekawe, że zagrażające pokojowi potwory są czymś pokroju samych Magistrów, tylko bardziej zezwierzęconych. Ikati, bo tak się nazywa owa starożytna rasa, nie wysysają dusz ludzkich powoli, tylko pożerają je całkiem szybko i brutalnie. Tutaj Friedman (na razie jeszcze dosyć nieśmiało, liczę, że w kolejnych tomach ten motyw znajdzie swoje rozwinięcie) po raz kolejny może popisać się wejściem w psychikę i motywy ludzkich zachowań, każąc niektórym Magistrom zastanowić się nad sobą poprzez porównania do Ikati.

Bohaterowie to w ogóle chyba najmocniejsza strona „Uczty Dusz”. Często zestawiani ze sobą przez pryzmat kontrastu: porywczy i brutalny król – spokojna i zrównoważona królowa; niecierpliwa uczennica – wytrwały mistrz; tworzą bardzo interesujące wzajemne relacje, sprawiające, że cały czas śledzi się ich losy z niesłabnącym zainteresowaniem. Friedman potrafi też wiarygodnie opisać jakie wydarzenia z przeszłości ukształtowały ich na takich, jakimi są obecnie. Pojawiają się tu takie motywy jak chociażby dziecięca prostytucja i rodząca się z niej niechęć dorosłej już kobiety do mężczyzn, czy też wątek ciężkiej choroby i jej wpływu na żywego młodzieńca. Taki zabieg udowadnia, że literatura fantasy to nie tylko rzeź, rąbanka i smoki, ale także okazja, by pod płaszczykiem fantazji przekazać czytelnikowi parę interesujących, życiowych przemyśleń.

Jest jednak jedna rzecz, która mi się nie podoba, choć nie związana stricte z samą powieścią. Jest to okładka. Minimalistyczna i z „zachęcającymi” do lektury tekstami nie jawi się jako element, mogący olśnić potencjalnego czytelnika, wybierającego książki w księgarni. Osobiście przyzwyczaiłem się do coverów dosyć efektownych, w stylu filmowych plakatów,  więc gdy trafi mi się taka w nieco starym stylu, kręcę nosem. Z drugiej strony jest to tylko moje osobiste zboczenie i lekkie malkontenctwo, wiem przecież, że to nie okładka ma być główną atrakcją książki.

Czy warto zagłębić się w „Uczcie Dusz”? Jak najbardziej. Mimo że nie sądzę, aby była to powieść, która wejdzie do kanonu, to jest to jednak na tyle dobra i wciągająca lektura, iż na pewno przyniesie czytelnikowi wiele radości. Mnie przyniosła, a miarą mojej satysfakcji niech będzie zapowiedź, że gdy w Polsce ukaże się drugi tom tej trylogii, to z dużą dozą pewności mogę powiedzieć, że po niego sięgnę.


Autor:
Celia S. Friedman

Tytuł: Uczta Dusz

Tytuł oryginału: Feast of Souls

Tłumaczenie: Grażyna Grygiel i Piotr Staniewski

Wydawca: Prószyński i S-ka

Data wydania: 19. 04. 2012

Liczba stron: 608

ISBN: 978-83-7839-116-6