Sztuka ekstrapolacji

Ocena: 
10
Average: 10 (2 votes)

Tom aż zakrztusił się piwem na widok niespodziewanego gościa. Bursztynowy płyn pociekł na brodę, po czym upaćkał czarną koszulkę i designerskie jeansy.

„Niechybnie skarbówka!”, pomyślał zdezorientowany rockman. W końcu ochrona nie przepuściłaby byle kogo, a nieznajomy zupełnie nie wyglądał na faceta z branży rozrywkowej – był starszym mężczyzną o nudnej aparycji, ubranym w dwurzędowy prążkowany garnitur. W ręku trzymał duży pokrowiec z wyhaftowanym fikuśnym herbem. No właśnie, ta hipoteza ze skarbówką jednak nie trzymała się kupy, bo inspektorzy zawsze chodzą parami.

 – Dzień dobry – przedstawił się intruz. – Nazywam się Jonathan McCullen, reprezentuję zakład krawiecki McCullen, Opinelli & DeLasalle i przyniosłem zamówiony garnitur.

– Aaaa, to wszystko jasne – wydukał Tom.

Rzecz jasna, nic nie było jasne.

By nieco otrzeźwieć, rockman ostro siorbnął z puszki. Gość tymczasem rozpiął pokrowiec i pokazał zawartość: marynarka, kamizelka i spodnie z grubej włochatej tkaniny w kolorze – ekhem… – sraczki, z jakąś grubą niebieską kratką na cienkiej czerwonej kratce.

– Ale ja nie zamawiałem żadnego garnituru – westchnął Tom.

– Oczywiście! Pan nie mógł zamówić tego garnituru – padła zupełnie nieoczywista odpowiedź. – Zamówił go pański ojciec.

– Że co?! Ojciec nie żyje od czterdziestu lat!

– Oczywiście! Zamówienie zostało złożone sześćdziesiąt lat temu. Miał pan wtedy sześć lat. Być może pan nie pamięta…

Pusta puszka opadła na podłogę.

– Sześćdziesiąt lat temu odwiedziliśmy pana w domu w Bostonie, zdjęliśmy miarę i przyjęliśmy zamówienie – kontynuował gość – a pana ojciec wpłacił zaliczkę.

– Ojciec robił różne dziwne rzeczy i wydałem majątek na psychoterapeutę, by o nich zapomnieć. Ale co to w ogóle za cyrk z…

– Zatem należą się panu pewne wyjaśnienia – McCullen z gracją wszedł w słowo rozmówcy. – Jesteśmy najlepszym zakładem krawieckim na świecie, ale mało kto o nas słyszał, bo zupełnie nie potrzebujemy rozgłosu. Popyt na nasze usługi jest tak wielki, że z bólem serca musimy odmawiać wielu nowym klientom, nawet milionerom i koronowanym głowom. Szczęśliwcy, których zamówienia przyjmiemy, muszą się jednak z liczyć z bardzo długim czasem oczekiwania. Początkowo było to pół roku, później rok, szybko jednak doszliśmy do punktu, w którym okres od zdjęcia miary do uszycia garnituru przekroczył pięćdziesiąt lat. To wynik zarówno ogromnego popytu, jak i bezkompromisowego podejścia do jakości. Wszystkie nasze garnitury to ręczna robota najwyższej klasy, bez półśrodków i bez pośredników. Dość powiedzieć, że gdy potrzebujemy masy perłowej na guziki, to pracownicy sami udają się na połów perłopławów, a przez ostatnie półwiecze dwójka przypłaciła to śmiercią w paszczy rekinów. Jeżeli zaś chodzi o owieczki, z których pochodzi wełna pańskiego tweedu, to ja osobiście…

– No zaraz, jak przez sześćdziesiąt lat…

– Ha! To najważniejszy i najtrudniejszy aspekt naszej pracy, tak zwana sartorialna ekstrapolacja! Wiedząc, ile czasu potrzebujemy na uszycie garnituru, wypracowaliśmy niezwykle zaawansowaną metodę, która już w momencie przyjęcia zamówienia pozwala ocenić, jak klient będzie wyglądał i czego będzie potrzebował pół wieku później. To mistrzowskie połączenie sztuki tworzenia wykrojów z analizą antropologiczną i socjologiczną. Sześćdziesiąt lat temu zaprognozowaliśmy, jak będzie Pan wyglądał dziś i że będzie pan wykładowcą filologii klasycznej, któremu świetnie przypasuje taki tweedowy garnitur.

– Ale ja jestem, kurde, piosenkarzem – wychrypiał ogłupiały Tom. – No i gołym okiem widać, że to na mnie nie pasuje.

– Szanowny panie! – McCullen radykalnie oziębił ton. Gadał teraz niczym, nie przymierzając, inspektor skarbowy. – Mówiąc takie rzeczy, obraża pan mnie i tuzin wspaniałych rzemieślników, którzy poświęcili lata, pracując nad tym zleceniem. Ja nie mówię panu, jak pan ma wykonywać swoją pracę, więc proszę mnie nie pouczać, jak mam wykonywać swoją!

Rockmanowi zaschło w gardle, poszukał wzrokiem jakiejś nieopróżnionej puszki.

– Tu jest pokwitowanie odbioru i czek do podpisania, by rozliczyć zamówienie. – Jonathan wyciągnął zwitek papierów i podsunął pod nos Tomowi. – No, chyba że chciałby to pan omówić z naszymi prawnikami, zapewniam jednak…

– Wszyscy święci! – jęknął rockman, starając się policzyć zera na czeku. Był jednak tak skołowany, że bez szemrania podpisał.

McCullen ukłonił się oschle i zniknął bez słowa.

Tom opróżnił dwa piwa, poprawił szklanką whiskey, po czym, nie mając lepszego pomysłu, ściągnął portki i założył garnitur. To znaczy próbował założyć, kamizelka się nie zapinała na brzuchu, marynarka za to była ze dwa rozmiary za duża w ramionach, z kolei spodnie szerokie jak rurociąg i jakieś pięć cali za długie.

Do pokoju zajrzał Steven, perkusista. Przez chwilę stał z wybałuszonymi oczyma.

– Stary, co ty wyprawiasz? – zapytał. – Wyglądasz jak lump, który na wysypisku przymierza garniak wyrzucony przez podstarzałego profesorka filologii? To jakiś cosplay?

– Ekstrapolacja, kurde, to tylko ekstrapolacja…