Zazdrość

Ocena: 
0
Brak głosów

Miłość spojrzeniem zakwita

zauroczona samotność wznosi ołtarze ku jej czci

pulsująca krew wyrzuca

rytmiczne szepty zachwytu

 

trwa w cichości

póki nie zapłoną ognie

w świątyniach bliźniaczej siostry

 

 

Zdenerwował ojca rozanielony wzrok syna. Jak w tęczę patrzy się na tę małą od Koników. Cóż za pospolite nazwisko: Konik. Ha, ha, może polny – rozbawił się Stanisław Tarnobrzeski – albo Świerszczyk, to nawet ładniej niż Konik. Poprawił sobie markotny humor, nalewając do kieliszków czystą wódkę.

– Pij, synu, pij... Kobiety się modlą, my pijemy – musi być na świecie jakaś równowaga.

Edward nawet nie spojrzał na ojca. Szybko opróżnił podsuniętą setkę. Wypił jednym haustem. Nie spuszczał oka z dziewczyny, tańczącej na parkiecie pośród wyzwolonego i rozbawionego upojną muzyką tłumu.

Widział ją już wcześniej. Szła ulicą z koleżankami, jadły ogromne kręcone lody, chichotały po dziewczęcemu. Wolną ręką przytrzymywała niesforne włosy, a figlarny wiatr próbował nimi sięgnąć rozchylonych ust. Tulił się bezkarnie do błyszczących, uszminkowanych warg.

Edward chciał wtedy być jak ten ciepły podmuch. Mógłby dotknąć smukłego ciała dziewczyny, całować odprężoną twarz. Przez głęboki dekolt letniej sukienki, między pagórkami piersi, przedostać się dalej. Zakończyć u stóp. Rozkoszną myśl popił szybko solidnym łykiem zimnego piwa. Przez nozdrza łakomie wciągnął rozgrzane słońcem powietrze. Była tak niedaleko. Prawie czuł jej zapach.

A dzisiaj przyszła do klubu. Potańczyć.

Bożena, Bożenka, Bożka…

Jej biała spódniczka wirowała jak szalona, odsłaniając długie, zgrabne nogi. Rozbawione oczy rzucały między ludzi miliony iskier.

Edek i jego spragniona miłości dusza byli niczym wysuszone sierpniowym słońcem igliwie. Najmniejsza iskra z jej oczu wzniecała w nim pożar. Wypity alkohol powoli rozlewał się po ciele gorącym strumieniem, aż dotarł do skłębionych w głowie myśli. Zginęła gdzieś wrodzona nieśmiałość, przytłoczona wchłoniętymi procentami. Zerwał się nagle z krzesła, zostawiając ojca w towarzystwie rozpoczętej butelki i zdziwienia malującego się na szerokiej twarzy.

Podszedł do Bożenki. Właśnie przebrzmiały ostatnie takty szalonego rock and rolla, dziewczyna została przez chwilę sama i wtedy on stanął naprzeciwko tych rzucających iskry oczu. Jeszcze nigdy nie byli tak blisko siebie.

Muzyka rozbrzmiała ponownie, wibrujący głos wypełnił mimozami niewidzialną przestrzeń klubowej sali.

Edward wsunął rękę między miękko opadające kaskady kasztanowych włosów. Dotknął maleńkich bukiecików czerwonych róż na śmietankowym tle jej bluzki. Przytulił się do tej czerwieni. Bożenka zaśmiała się cichutko.

Tańczyli ciasno spleceni, wypełniając takty muzyki powolnym ruchem i westchnieniami. Mężczyzna pochylił się nad swoją partnerką. W półmroku ucałował jaśniejsze przy skórze, figlarnie sterczące za uchem kosmki. Chciał opowiedzieć o jej urodzie, o swoich marzeniach i snach może nazbyt śmiałych, ale przez ściśniętą wzruszeniem krtań wydobył zaledwie szept cichy jak oddech, który osiadł niewidzialną mgiełką na policzku zarumienionej dziewczyny.

Nagle ktoś chwycił Edka za łokieć i szarpnął brutalnie.

Odwrócił głowę zaskoczony i już miał warknąć: „Odczep się staruchu!”, ale zdusił gniew. Z trudem opanował zdenerwowanie, kiedy usłyszał chrapliwe:

– No, chłopcze! Dość dobrego! Idziemy do domu…

Stary zachwiał się nieznacznie i zrobił kilka kroków w bok, ciągnąc syna za sobą.

Bożenka z widoczną ulgą wyswobodziła się z objęć Edwarda, poprawiajac zmiętą na piersi bluzkę. Stanęła niepewnie obok, skinęła głową, jakby chciała się ukłonić.

Stanisław spojrzał na nią spode łba, ale sam ze sobą nie uzgodnił, czy ma być w tym spojrzeniu niechęć, czy coś innego. Zakręciło mu się w głowie na widok rozgrzanego tańcem i młodością ciała, na wspomnienie swych niedawnych myśli.

 – Ta diablica każdego opęta – zdążył mruknąć bełkotliwie pod nosem. Zaśmiał się dziwacznie i nieco upiornie, po czym zatoczył się jakby nagle ogarnęła go fala bólu. Edward wyprowadził ojca na zewnątrz.

Przez otwarte drzwi wtargnęło do sali zimne, wilgotne powietrze, które owionęło na pożegnanie postać porzuconej tancerki. Biała spódniczka poruszyła wdzięcznie falbankami.

Świeże powietrze otrzeźwiło rozpalone męskie głowy. Obaj odetchnęli głęboko, zatrzymując się przy rosnącej w pobliżu topoli – wielkiej, szerokiej, z podłużną dziuplą, w której miały gniazdo niebezpieczne szerszenie. Zapadła noc i uśpiła owady we wnętrzu drzewa.

Księżyc stanął nad gładką taflą jeziora. Na wodzie powstał świetlisty szlak prowadzący wprost do otwartego srebrzystego oka. To mógłby być znak zostawiony przez Niebo – lustrzane odbicie postaci jasnego anioła lub droga do raju, ale nikt tego nie zauważył.

Nikt też nie zobaczył zaciśniętych pięści Edwarda.

Nikt nie zwrócił uwagi na zmienioną twarz jego ojca. Na starych policzkach zakwitł biskupi rumieniec, usta zwarły się w ostrą kreskę. W czarnych tęczówkach oczu płonęły miedziane źrenice.