Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Odmieniec

Ocena: 
0
Brak głosów

Rodzicie, kiedy wśród gratulacji zaprezentowano im noworodka, zachowali daleko posuniętą rezerwę.

– A czemu on taki? – zadali podstawowe pytanie.

Oczywiście nie znali się na dzieciach. Wywodzili się ze sfery, w której takie zjawiska przydarzały się rzadko. Po fatalnych wpadkach. Co innego rozpalało emocje, oczekiwanie na wieczór, by wreszcie zażyć rozkoszy upojnej nocy, jak zwykle złośliwie spóźnionej. A za dnia zabawa żadna. Potomek, tak nie w porę poczęty, musiał zakłócić ich doskonale ułożony świat. Po prostu od początku nieodrodne dziecię chaosu.

Nie uzyskali odpowiedzi.

Zajrzeli do buźki, w popłochu popatrzyli po sobie.

– Czy tak na pewno ma być?

– Zdrowy jak cholera – odburknął zbratany lekarz rodzinny. Wzruszył ramionami. – Kiedy dorośnie, przejdzie mu.

– Na pewno? – nie dowierzała matka. – W kogo on się wdał?

– Na pewno w jakiegoś cudaka się zagapiłaś – wtrącił mąż. – O ile nie co innego.

– Co masz na myśli? – warknęła.

– No nic takiego, przecież ci nie zarzucam, droga moja, żeś dała upust naturze. Żart. Różnie się zdarza. A wciąż słyszy się, jak to pospólstwu rodzą się dziwacy, to głośne sprawy.

Lekarz się niecierpliwił.

– Chłopak zdrowy, a pani po porodzie już doszła do siebie.

Matka wydęła wzgardliwie usta.

– Wielkie mi co. Nic. – Wzięła na ręce szkraba. Cichego bardzo i jakby czujnego. – No, chodź tu, mały – westchnęła.

Ogólnie żywiła złe przeczucia.

Rychło się potwierdziły.

Z jedzeniem wystąpił prawdziwy kłopot.

Przystosowane mamki gapiły się jak cielęta, co niejako było właściwym ich stanem. Rozumem nie grzeszyły, w końcu one do dojenia, czyż nie?

– Jeść nie chce – tłumaczyły, bezradnie rozkładając ręce.

Jeszcze bezradniejsi rodzice obrzucali służebne nieufnymi spojrzeniami. Najpierw podejrzewając prostackie podstępy, bo niższa sfera nieodmiennie kombinuje, kiedy może, później z niejakim wstydem. Nawet przed maluczkimi głupio, że odmieniec się trafił. A co dopiero, kiedy znajomi się dowiedzą?

Ci jednak na dziwactwo nie mówili nic. Za małymi dziećmi nie przepadali, woląc mieć do czynienia z osobnikami starszymi, już w dojrzałość wchodzącymi, z tymi wszystkimi pierwszymi nadziejami, świat przekraczającymi. Cudne zadurzenia. Pyszne to po prostu. A takie małe, raczkujące, nieświadome? Obrzydzenie brało. A tu padło na elitę. Niby ułożonych, stosownych, a jednak traf wstąpił na wyżyny, równie łatwo jak deptał po dołach.

– Oby nas nie pokarał – życzyli sobie.

I tak potomek rósł, przyprawiając rodziców o zmartwienie, przyjaciół domu o konsternację, kiedy udało mu się wyrwać z jakimiś własnymi przemyśleniami. A te dopiero były dziwaczne. Czyli chował się niejako dziko i samopas. Strach taką pociechę pokazać. Jakby nie ukrywać, wyrodek.

Z posiłkami, rzecz jasna, było najgorzej. Grymasił, piszcząc przeraźliwie, wiercąc się i ogólnie odmawiając współpracy, zatem rósł stosunkowo wolno, wyraźnie niekorzystnie wypadając na tle rówieśników.

Jednakże, nie da się ukryć, rósł.

I tak wkroczył w wiek młodzieńczy, a wtedy odkrył to, co nastolatkowie odkrywają. Czyli że z rodzicami nie trzeba koniecznie przestawać, można ich pominąć, w końcu od czego nowoczesna technologia? Kiedy oni zabaw używali, bo bynajmniej nie zrezygnowali dla potomka z całego życia, on tkwił jak kołek przed monitorem i czatował, udzielał się na forach, wgłębiał w portale, na jakich siedziały dzieciaki. Znalazł swoich. Tak się zaangażował, że nawet zwyczajowe pory na sen przeznaczone zarywał. Blady, chudy, wampir wypisz wymaluj, tyle, że pryszczaty. Nastolatek.

Któregoś razu zlazł do rodziców.

O jedzenie nawet nie spytali, znali jego stosunek do posiłków. Nieprzymuszany do nich nawiązał:

– Już dłużej nie musicie się martwić, że nie dojadam. Znalazłem na to sposób właściwy współczesnym czasom.

– To bardzo pocieszające, synku.

– I oczywiście aktualny. Wszystko sprawnie i technologicznie.

Westchnęli.

– Znaczy substancje zastępcze? Chemia? Otrujesz się jak nic.

Potomek prychnął.

– Średniowiecze! – podsumował.

Kiedy odszedł, rodzice spojrzeli po sobie.

– Nowoczesność – sapnęła ona.

– Tradycja ginie – dodał on. – Chyba pora spać, dzień niezadługo. A nie lubię, kiedy słonko przypieka.

Ona spojrzała na zegar, oczywiście po nowomodnemu elektroniczny z mnóstwem szmerów bajerów.

– Świt tylko co – przyznała.

Poszli, obejmując się, ale w ogromnym łożu otoczonym ziemią ze stron rodzinnych, by gospodarze mocą w porze odpoczynku nasiąkali, ona po pierwszym mężowskim dotknięciu się wzdrygnęła.

– Chyba żartujesz – prychnęła.

– Męskie potrzeby – zamruczał uwodząco i się wgapił, oczyma hipnotyzując.

Ale że połowica była tej samej rasy, a prawdę mówiąc gatunku, to nie uległa jak pierwsza z brzegu jałówka, której wystarczy w wole ślepka zajrzeć, by w jednej chwili stała się gotowa oddać całą siebie do ostatniej kropli krwi.

– Ta twoja ostatnia zaowocowała nam synkiem, który całkiem się wyrodził – syknęła małżonka, prezentując okazałe kły.

– Nic dwa razy się nie zdarza – nęcił.

– Innym parom wystarcza zwykłe naturalne ssanie krwi z szyi. Bardziej chutliwym picie z tętnic udowych. A ty chcesz tak po… ludzku. Zwierzę!

– Przecież ci się podobało?

Zdaje się, że pokraśniała. Wampir, dziwne.

– Ekscentryk! – prychnęła. Ale już mniej odmownie.

– Tośmy się w korcu maku dobrali – zaśmiał się.

A ona się namyśliła.

– Za dziesięć lat. Daj mi przywyknąć do ewentualnych konsekwencji – westchnęła.

– A ja co tymczasem? – jęknął z żalem. – Sumienia nie masz.

– A na co mi ono?

– Roku nie wytrzymam – poskarżył się.

– Niech będzie pięć – odparła, drapiąc go po szyi.

On w gruncie rzeczy przystałby nawet na dziesięć, ale zawsze warto się potargować, bardziej na swoje się wyjdzie. A pięć lat? Śmiech dla istoty, która byt milleniami odmierza.