Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

KONKURS OKUPOWY - TEKST II

Ocena: 
0
Brak głosów

Mrówki i ludzie

Ta walizka waży chyba pół tony!

Dobrze się bawicie, patrząc jak niosę to cholerstwo przez dżunglę? A siedźcie sobie w sterowni, aż wam tyłki wrosną w krzesła. Zwłaszcza ty, Steve, i ty, Vincent. Ciekawe, jakie będziecie mieli miny, gdy wróci generał i dostanie na biurko cały raport z sytuacji kryzysowej? Jak potraktuje tych, którzy się bali wyściubić nosa z bazy, choć to z ich winy zrzut z orbity był nieprecyzyjny i transponder spadł w głąb dżungli, na tereny mrówek? Na waszym miejscu już robiłbym w portki.

Co tam mówisz, Vincent? Dziękujesz, że zgłosiłem się na ochotnika na dostarczenie okupu? Bo widzisz, do tego trzeba mieć jaja. Wy tylko potraficie się wygłupiać albo ślinić na widok córki generała. Ja tam wolę zaryzykować wyprawę do mrowiska, dostać za to awans i opuścić tę zawszoną kolonię. Widzieliście, jak Jane na mnie patrzyła? Głowę daję, że gdy wrócę jako wybawca bazy, zrobi mi najlepszego loda w tej części galaktyki. Tak?... Też tak sądzicie?

Uff, ale tu gorąco, nawet klimatyzacja w kombinezonie wysiada. Nie cierpię tej planety, nie cierpię mrówek. Trzeba je było od razu eksterminować po założeniu bazy, a nie się cackać, że to niby inteligenta rasa, że konwencja galaktyczna, pierdu, pierdu!

Ciekawe, co tam siedzi w walizce? Nie wiem, po co ta cała konspiracja. Pewnie sto kilo cukierków, he, he, he! Cóż innego mrówki mogły chcieć w zamian za oddanie transpondera. Co mówisz, Steve? Słabo cię słyszę. Te fikuśne drzewa zakłócają odbiór.

Lokalizator podaje, że zbliżam się do mrowiska. Możecie to potwierdzić? Że co? Już na nim stoję. No faktycznie, jakby się bliżej przyjrzeć to jest tu mały wzgórek, że to niby jedno z wyjść? Co my tu mamy… O cholera, wyłażą!

Ale paskudztwa! Mam nadzieję, że nie będzie problemów. No, podejdźcie tu, robale! Jakby co, rozpirzę wszystkie miotaczem i śmignę z powrotem do łazika. Ooo… niosą i transponder, wygląda na nieuszkodzony. Dobra, zatem kładę walizkę na ziemię, możecie odblokować. Coś nie działa… do diabła, znowu ten słaby sygnał! Jeeest! Otwieram.O kurde! To przecież mikromoduł teleportacyjny. A to ciekawe…

* * *

Siedzący przed projektorami Steve i Vincent wymienili porozumiewawcze spojrzenia.

– „Mikromoduł teleportacyjny. A to ciekawe” – Steve sparodiował głos Michaela. – Ja nie mogę, chyba się zaraz posikam ze śmiechu!

Vincent zrobił zbliżenie na hełm stojącego pośród mrówek żołnierza.

– Popatrz na jego minę! – zarechotał, łapiąc się za falujący brzuch. – On ciągle myśli, że to walizka jest okupem dla robali!

Cofnął zbliżenie i projektor znów pokazywał wzgórek pośród drzew, gdzie kilkanaście gigantycznych mrówek otaczało ubranego w ochronny kombinezon mężczyznę, przed którym leżała otwarta aluminiowa walizka. Jedna z istot podeszła do walizki i włożyła prostokątny czarny przedmiot do znajdującej się tam sferycznej czaszy. Sekundę potem czasza zniknęła wraz z zawartością.

– Chwileczkę… – mruknął Steve. – Już! Transponder wylądował w magazynie. Nienaruszony!

– Co by nie gadać o mrówach, to jednak honorowe tałatajstwa – rzekł Vincent.

Zamilkli na chwilę, patrząc na Michaela, który zaczął się nerwowo rozglądać wokoło. Otaczający go krąg mrówek zacieśnił się.

– No, teraz to już chyba się zorientował – stwierdził beznamiętnie Steve.

Michael wyszarpnął z kabury miotacz plazmowy i nacisnął spust, jednocześnie zataczając bronią poziomy łuk. Nic się nie stało. Żołnierz otworzył usta ze zdziwienia i potrząsnął trzymaną bronią.

– Klik, klik… a tu dupa blada!– Vincent zaśmiał się tak dosadnie, że musiał przetrzeć łzę z oka.

– Cos takiego!? Może ktoś wsadził rozładowaną baterię? – rechoczący Steve omal nie spadł z krzesła.

Mrówki tymczasem dopadły próbującego czmychnąć w głąb dżungli żołnierza. Ostre końcówki odnóży zagłębiły się w kombinezonie.

– Ja piórkuję – syknął Vincent. – Niby titansilk, a tną go jak pieluchę…

– Patrz tu! – Steve wskazał na drugi projektor, który pokazywał sąsiadujący fragment mrowiska. – Jest i królowa.

Z otworu w ziemi przeciskała się na powierzchnię wysoka na dobrych dziesięć stóp mrówka o wielkim odwłoku i przerażającej paszczy zakończonej czterema paramy szczękoczułek i niezliczoną ilością wijących się ssawek.

– Co ona mu zrobi? – zapytał Vincent. – Odgryzie głowę?

– Nie… – mruknął Steve, wpatrując się jak zahipnotyzowany w projektor. – Znaczy, nie od razu. Najpierw jajeczka wszczepi…

Krzyk Michaela był tak głośny, że system automatycznie przyciszył fonię.

– Błueee, chyba dzisiaj nie zjem kolacji – skomentował Vincent, odrywając oczy od projektora.

Nagle drzwi do sterowni otworzyły się i stanęła w nich Jane. Odgarnęła frywolnie na plecy burzę blond loków.

– Już po? – spytała.

Mężczyźni skinęli głowami.

– Mimo wszystko… – westchnęła – trochę mi go szkoda.

– Żebyś wiedziała – zagadał Steve – co on tu nam naopowiadał. Że wróci jako bohater, a tym padniesz przed nim z zachwytu na kolana, no i ten, tego…

Mężczyźni zarechotali. Oblicze Jane natychmiast spochmurniało.

– Obleśny kretyn!– syknęła. – Ma na co zasłużył.

Odpowiedzi

Właściwie zagłosowałam na to opowiadanie z powodu jednego zdania: "– Co by nie gadać o mrówach, to jednak honorowe tałatajstwa – rzekł Vincent."
Całe opowiadanie powinno dążyć do sensu, jakie to zdanie niesie. Niby dąży...ale naokoło, opłotkami. W rezultacie - mam wrażenie, że gościa skolonizowała Wielka Mrówa, bo chciał, żeby córka generała zrobiła mu loda.
Tam wśród załogi wszyscy są po jednych pieniądzach - każdemu mogła Mrówa zapuścić potomstwo - tę jednorodność bohaterów uważam za błąd. Opowiadanie staje się anegdotą, a traci na głębi.
Opowiadanie eksploatuje dość sztampowo motyw krwiożerczych "obcych" i fabularnie jest przewidywalne. I znowu - ta pozbawiona fajerwerku zaskoczenia fabuła sprawia, że opko czytam jak warsztatową etiudę.
Więc o narracji: ona nie służy opowiadaniu, choć realizuje zamysł pokazania kontrastu i docharakteryzowuje jednego z bohaterów. Jest poprawna - i obojętna dla sensu opowiadania. Wydaje mi się, że bogatsza psychologiczna dramaturgia dodałaby zabiegowi jakiś sens nad-tekstem.

Sprawnie i przyjemnie mi się to czytało, a wszystko ładnie sobie szło, może nie prostą drogę, ale po łuku przynajmniej ;)

Zgodzę się z Nataszą, że każdemu Zła Mrówa mogła zapuścić to potomstwo, więc zgrzyta ta beztroska i irracjonalnie dobry humor wręcz (nawet jak kolesia nikt nie lubił). Warto byłoby wspomnieć, że Michael np. przyleciał do bazy na dzień po transponderze, albo jakkolwiek pokazać, że on nie należy tak naprawdę do grupy i temu go wysłali (pardon, zgłosił się sam, bo miał cojones).

Ale co do tych "krwiożerczych obcych", cóż i tak i nie. Dla Mrów ludzie to kolejne istoty - mięsko, w którym, chwalmy Boską Mrówę, można złożyć jaja! Poza tym, wzorując się na mrówkach, coś takiego jak jednostka jest przecież nieważna, liczy się dobro roju. A biorąc pod uwagę zachowanie reszty ludzi zastanawia mnie, kto tu jest bardziej krwiożerczy ;)

Zmiana narracji jest tu dla mnie naturalna i oczywista. A więc w porządku.
A, plus za to, że co jest okupem, zorientowałam się razem z Michaelem ;)

A, masz mój głos.
Za styl całości. I w sumie, że nawet prostą fabułę przedstawiłeś/łaś w ciekawy sposób, a zmiana narracji... a, to już mówiłam ;)

A mnie się nie spodobało, że koledzy/przełożeni naiwnego żołnierza zachowują się gorzej niż rozwydrzone dzieci. Dorosły człowiek pewnie by trochę współczuł, a tu mamy parę rechocących baranów. Przypomina mi się historia o dowcipie, jaki jeden stoczniowiec zrobił drugiemu. Otóż wsadził koledze w odbyt końcówkę sprężarki. Facet zmarł, bo mu wszystko w środku rozerwało. Myślę, że zarówno autor żartu, jak i koledzy z pracy byli tym przerażeni. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że chłopy rechotały wesoło gdy facetowi popłynęła z ust krew i osunął się na ziemię. Może ludzie nie są najwspanialszą rasą we wszechświecie, ale nie ma co przesadzać!

Rinos, serio? Znając historię i czasy współczesne? Serio?

Ten szort podobał mi się najbardziej z konkursu okupowego. Językowo poprawnie. Czytało się płynnie.
Humor przyjemny, choć czasami zbyt naiwny.