Cuda się zdarzają

Ocena: 
0
Brak głosów

Zbudzili się równocześnie. Spojrzeli po sobie i wtedy do ich uszu doleciało ciche dziewczęce łkanie. Jarek zapalił lampkę i przetarł oczy, kiedy Agnieszka, założywszy szlafrok, już wybiegła z sypialni. Wtedy zrozumiał, dlaczego żona zareagowała tak gwałtownie, dlaczego on sam poczuł w duszy dziwny niepokój, Zuzia bowiem rzadko płakała, tak rzadko, że Jarek zapomniał, jak to jest.

‒ Co się dzieje? ‒ Zapytał, wchodząc do pokoju córki.

‒ Nie chce powiedzieć ‒ odparła żona, głaszcząc płaczącą dziesięciolatkę po plecach. ‒ Włącz światło.

Włączył. Dopiero teraz spostrzegł, że pokój wygląda, jakby przeszła przezeń wichura. Kołdra, poduszka, pluszaki, nawet prześcieradło wylądowały na panelach.

‒ Jak weszłam, leżała na podłodze ‒ wyjaśniła Agnieszka, widząc jego minę. ‒ Musiała spaść podczas snu.

‒ Zuza, czy to prawda? ‒ Zapytał, bo szczerze w to wątpił.

Zuzia odkleiła się od matki, otarła policzki skrawkiem pidżamy, odemknęła powieki. Pomimo że w pokoju było jasno jak za dnia, ona widziała tylko jakby czerń, jedyny kolor znany jej ułomnym oczom.

‒ Tutaj jestem ‒ nakierował córkę ojciec, widząc, że nie potrafi go zlokalizować, co rzadko jej się zdarzało, bo Zuzia miała bardzo dobry słuch i jeszcze lepszą pamięć.

‒ Ja... ‒ zaczęła powoli, przełykając łzy. ‒ Ja chyba... Chyba widziałam. Oczami. Tak mi się wydaje, bo to było przed moją buzią. Gdybym wyciągnęła rękę, mogłabym to dotknąć.

Jarek zmarszczył czoło, już szykował się, aby o coś zapytać, ale ubiegła go żona.

‒ Co takiego widziałaś?

‒ Nie wiem... Nie wiem, jak to nazwać. Nie dotknęłam tego, ale wiedziałam, że jest przede mną. Kiedy się zbliżyło, zaczęło warczeć jak... jak pies. Próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam. Zrzuciłam kołdrę. Chciałam uciekać. Tylko wywróciłam się, bo straciłam orientację. Spanikowałam, choć pani Marta zawsze powtarza, że nie wolno mi panikować. A ja spanikowałam. Dziewczynka rozpłakała się na nowo.

‒ Spokojnie, mała ‒ matka pocałowała ją w czoło. ‒ To był tylko zły sen.

Ostatnie słowa wypowiedziała niepewnie, jak gdyby sama miała co do tego wątpliwości. Jarek pokręcił głową, coś mu tu nie pasowało. Sny osób niewidomych od urodzenia składały się głównie z dźwięków i wrażeń, nie zaś z obrazów. Usiadł obok żony, spojrzał w oczy Zuzi. Dziewczynka, choć nie widziała tego, słysząc kroki, domyśliła się i wyciągnęła ręce do ojca.

‒ Skarbie?

‒ Tak?

‒ Albo to prawdziwy cud i rzeczywiście coś widziałaś, albo... Albo sam nie wiem. Może poszukamy tego czegoś? Gdzie mogło się schować?

Zuzia zamyśliła się.

‒ Nie wiem. Gdy mama przyszła, nic już nie widziałam ani nie słyszałam.

‒ Może jest pod łóżkiem ‒ zasugerował Jarek, bo oprócz szafy tam zazwyczaj kryły się dziecięce koszmary.

Aga natychmiast wstała z tapczanu, zabierając dziecko jak najdalej od potencjalnego zagrożenia. Zaraz też zaczerwieniła się i żeby jakoś usprawiedliwić swą reakcję, zerknęła pod tapczan.

‒ Nic tam nie ma ‒ rzekła, widząc, że Jarek klęka, aby samemu się upewnić.

‒ Racja. Tylko trochę kurzu ‒ powiedział, macając ręką pod łóżkiem.

Zuzia, zorientowawszy się, co się dzieje, powędrowała wzrokiem za głosem ojca.

‒ Tatusiu, uważaj! ‒ zdążyła pisnąć, lecz było już za późno na ratunek.