Komunikat o błędzie

  • Nie udało się utworzyć pliku.
  • Nie udało się utworzyć pliku.

Okaleczony bóg. Kolanse - Steven Erikson

Coś się kończy…

Hubert Przybylski

Stało się. Ostatnie karty Malazańskiej Księgi Poległych za mną. Pożegnanie było niezwykle emocjonalne – była duma, było wzruszenie, był śmiech i były łzy… A dla Stevena Eriksona jest ogromny podziw i szacunek. Za to, że stworzył tak genialną opowieść, przy której spędziłem pewnie z setkę wieczorów i nocy.

Jeśli chodzi o to, co napisałem w moim omówieniu pierwszego tomu „Okaleczonego boga”, to sporo się sprawdziło. Prawie połowa drugiego tomu to bitwy. Walczą wszyscy, na różnych frontach, w różnych bitwach, o różne cele. I za każdym razem możemy stanąć razem z naszymi bohaterami w pierwszej linii i odczuwać to co oni. Strach, gniew, niepokój o towarzyszy broni, żal, determinację, gotowość do poświęcenia swojego życia. I rozpacz, którą odczuwają po stracie przyjaciół. A pomiędzy tymi wszystkimi bitwami będziemy razem z nimi maszerować, żartować przy obozowym ognisku, kłócić się i namiętnie kochać.

Wielkim talentem Eriksona jest to, że nigdy nie stworzył „płaskiej”, pozbawionej głębi postaci. Każdy z bohaterów z kart jego powieści ma swoją własną osobowość, swoje własne poglądy i każdy inaczej reaguje na to, co się dzieje wokół niego. I, co najważniejsze, wraz z upływem czasu i przeżytymi wydarzeniami każdy, na swój własny sposób, się zmienia. W „Okaleczonym Bogu. Kolanse”, Erikson doświadcza swoich bohaterów na skalę jeszcze większą niż uczestników marszu Sznura Psów Coltaine’a. Ale zarazem tym, którzy przetrwają, ofiaruje największą nagrodę – katharsis, odrodzenie nadziei na lepszą przyszłość i odkrycie tego, co w nich najlepsze.

Jeśli chodzi o zakończenie wątków pobocznych i głównej intrygi, to muszę przyznać, że to też jest rzecz, która udała się Eriksonowi po mistrzowsku. Do samego końca nie wiedziałem, jak uda mu się rozwikłać to, co naplątał przy okazji wcześniejszych książek cyklu. A nawet - czy w ogóle uda mu się ta sztuka. Ale niepotrzebnie się gryzłem, bo poszło mu to jak z płatka. I nawet nie musiał wszystkich zabijać! Ale na serio – zakończenia jest po prostu idealne. Powinno stanowić wzór dla wszystkich tych, którzy planują napisanie wielotomowego cyklu, a potem nie wiedza, jak go zakończyć. Jedyne wątpliwości miałem odnośnie wątku Podpalaczy Mostów, ale potem sobie pomyślałem: jaka największa nagroda może spotkać kogoś, kto przemaszerował przez pół świata, targając na plecach ciężki tornister z wyposażeniem i kto musi znowu gdzieś się udać? No właśnie. Zwłaszcza, że podobne rozwiązanie stosowano też w naszej armii w czasach II RP.

Eriksona powinni przeczytać zwłaszcza nasi krajowi twórcy. Nie dość, że jest on jedynym na Zachodzie pisarzem, który do najwyższego stopnia opanował tradycyjnie polską sztukę wplatania w opowieść martyrologii i „wiatru wiejącego prosto w oczy”, to jeszcze ukazuje, jak zrobić to i dobrze, i z sensem. Żeby potem nie trzeba było największego bohatera powieściowego dziesięciolecia widłami pod karczmą zaciukać.

Nie byłbym jednak sobą, gdybym się do czegoś nie przyczepił. Zwłaszcza, że Erikson strzelił babola w dziedzinie, na punkcie której mam lekkiego fioła. Mistrzu! Onagery nie strzelały bełtami! W imię Kaptura! Bełtami strzelały balisty (i na samym początku katapulty – ale szybko się przekonano, że ma się wtedy zerową celność oraz zbyt niską siłę rażenia i że to jest całkowicie pozbawione sensu)…

No cóż, Malazańska Księga Poległych się zakończyła i te omówienie też trzeba zakończyć. Erikson stworzył najbardziej epicki cykl fantasy w historii ludzkości, a nie wiem, czy i nie najbardziej epickie dzieło w ogóle. Dzieło, które zmusza do zastanowienia się nad człowiekiem i otaczającym go światem. Dzieło, które przypomina nam o istnieniu miłosierdzia, poświęcenia dla innych, odwagi i setek innych rzeczy, o których w dzisiejszych czasach często zapominamy. Jak na przykład o tym, by zawsze postępować słusznie. Jednym słowem, Erikson stworzył dziesięciotomowe - nie waham się użyć tego słowa – arcydzieło. I jako takie ocenić mogę wyłącznie na 10/10.

Taką samą ocenę dostaje ostatnia część cyklu – „Okaleczony Bóg. Kolanse”. Miałem odjąć punkcik za onagry, ale z drugiej strony, musiałbym dodać punkcik za to, że się wreszcie dowiedziałem, dlaczego naprawdę Jaghuci wolą żyć w samotności.

I ostatnie słowo – nie bez powodu tytuł omówienia to nawiązanie do opowiadania naszego rodzimego Mistrza Sapkowskiego. Bo mimo, że Malazańska Księga Poległych dobiegła końca, to nie znaczy, że już więcej Erikson nie zabierze nas do Malazu. Wygląda na to, że Tron Cienia po prostu nie potrafi nawet minuty wysiedzieć bezczynnie…

 

Tytuł: Okaleczony Bóg. Kolanse

Autor: Steven Erikson

Wydawca: Wydawnictwo MAG

Data wydania:  kwiecień 2012

Liczba stron: 656

ISBN: 978-83-7480-251-2