Gliniarz. Opowieść policjanta – Marcin Ciszewski, Krzysztof Liedel

Był sobie gliniarz…

Hubert Przybylski

Parę razy już wspominałem, że mam korzenie granatowo-policyjne i całe życie chciałem być gliną*, więc dziwnym nie jest, że policyjne klimaty to temat szczególnie bliski memu sercu**. I kiedy trafiła się okazja zrecenzowania niedawno wznowionej książki Marcina Ciszewskiego i Krzysztofa Liedela, „Gliniarz. Opowieść policjanta”, bez wahania się zgodziłem. Czy było warto?

Tytułem wstępu. Są to wspomnienia, ale nieco inne niż wszystkie inne***. Przede wszystkim autorzy sami mówią, że to książka oparta tylko na faktach. Zmieniono nazwiska, w tym głównego bohatera, i wiele szczegółów prowadzonych spraw – wszystko z powodów bezpieczeństwa czy ochrony informacji (choć autorzy zdradzają też kulisy kilku słynnych wydarzeń, takich jak warszawskie alarmy bombowe z 2005 roku). To całkowicie logiczne, nawet bez złowrogiego widma RODO****. Ale wystarczy zapytać ciotkę Wiki o Krzysztofa Liedela, żeby porównując życiorysy jego i książkowego Zaręby, stwierdzić, że zmiany te są co najwyżej kosmetyczne. A wszystko to, co najistotniejsze, pozostało.

A co niby jest najistotniejsze? Życie policjanta. Od podszewki. Nie to domowe, bo wywiadowcy i kryminalni za dużo tego nie mają, ale mundurowe, służbowe życie. Prowadzone sprawy, tajniki pracy, stosunki między policjantami, działanie na styku światka przestępczego, wisząca nad głową polityka (na wszystkich szczeblach)*****. Mam znajomych mundurowych, przyjaciela policjanta, sam przepracowałem parę lat w Policji i uważam, że wszystko to, co przeczytałem w książce, ma niezwykle wysoki stopień wiarygodności. Tym bardziej, że nie kończy się dobrze. I ta wiarygodność to najmocniejsza strona tej książki.

Co wcale nie oznacza, że jedyna. Książkę napisał Marcin Ciszewski, więc jeśli ktoś bał się o stronę warsztatowo-literacką, to może już przestać. Jest równie dobrze jak w jego powieściach. A wielbiciele cyklu meteorologicznego, czy powiązanej z nim serii WWW, mają dzięki „Gliniarzowi” możliwość poznania pierwowzoru postaci podinspektora Jakuba Tyszkiewicza.

Czy książka ma jakieś minusy? Jeden. Jest za krótka. I jednak wolałbym ją mieć ździebko lepiej wydaną.

Moja ocena? 9/10. Czytałem ją z zapartym tchem, zarywając dwie kolejne noce******. Jest śmiesznie, strasznie, surrealistycznie, brutalnie, smutno… I cholernie brudno*******. Życie gliniarza, czego często doświadczają również ich bliscy, to absolutnie „nie je bajka”. A mimo tego tysiące ludzi chcą tak żyć. Dlaczego? Dowiecie się tego z tej książki. Polecam.


Tytuł: Gliniarz. Opowieść policjanta
Autorzy: Marcin Ciszewski, Krzysztof Liedel
Wydawca: WARBOOK
Data wydania: 6.12.2017
Ilość stron: 320 (w tym kilka reklam)
ISBN: 978-83-65904-25-6


* Na szczęście (dla przestępców) życie zadecydowało inaczej.

**Choć bez bicia przyznaję, że nie lubię kryminałów, ze szczególnym uwzględnieniem tych skandynawskich. Bo niby co takiego mają skandynawscy gliniarze w za ciasnych bucikach, czego nie mają nasi?

*** Patrzcie tylko, jaki słowny karamból mi wyszedł.

**** I kto mi zaprzeczy, że w Parlamencie Europejskim nie rządzą Sithowie.

***** Zbyt często przypominająca g-burze.

****** Prawdę mówiąc, to chodziłem spać już przy słonecznym świetle.

******* Śmiem twierdzić, że nie tyle przez kontakty ze światkiem przestępczym, ile przez polityków********. Choć biorąc pod uwagę liczbę afer, jakie wypłynęły przez ostatnie trzydzieści lat, czasami trudno odróżnić polityka od przestępcy.

******** I żeby nie było, nie czepiam się tu wyłącznie jednej partii, obecnie rządzącej. Tak się składa, że pracując w Policji w latach 2004–2008, załapałem się na wszystkie ówczesne zmiany rządzących (SLD-PSL, PIS-Samoobrona-LPR i PO-PSL), miałem chyba z sześciu komendantów i nie widziałem praktycznie żadnej różnicy w tym, jak politycy różnych opcji traktowali Policję.