Kaznodzieja Tom piąty – Garth Ennis, Steve Dillon

Amerykański mit

Marcin Knyszyński

Pod koniec czwartego tomu „Kaznodziei” Jesse Custer leżał na ziemi, znokautowany bardzo mocnym życiowym ciosem. Na początku tomu piątego zastajemy go stojącego na jakimś molo – fale się kłębią, niebo się chmurzy, wiatr wieje, a wierny pies waruje przy nodze. „Czasami bywa tak, że po prostu kończy ci się Ameryka” – mówi do niego Jesse, a my widzimy, że nie jest mu wcale wesoło. Co znaczą te słowa? W jaką kabałę wplątał się kaznodzieja, który postanowił znaleźć samego Boga i zadać mu kilka trudnych pytań? Co się znowu stało?

Sześć miesięcy przed tą sceną, a krótko po opuszczeniu Cassidy’ego i Tulip, Jesse dociera do prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Teksasie. Salvation jest mieściną prosto z popkulturowych wyobrażeń amerykańskiego południa. Mały bar, biuro szeryfa, kilka domków i wielka przetwórnia mięsa tuż za miastem. Jej właściciel, pan Quincannon, karykaturalna kopia „Cegłówki” z „Przekrętu” Guya Ritchiego, trzęsie całą okolicą i opłaca szeryfa. Dzięki temu jego ludzie mogą po robocie bezkarnie rozrabiać w miasteczku a on sam zatruwa pobliską rzekę odpadami z fabryki. A dodatkowo chroni go pani adwokat, nazistka lubiąca przebierać się w czarną skórę nabijaną ćwiekami i spędzać czas w garderobie obwieszonej pejczami i portretami Hitlera.

Zrozpaczony, przybity i mający żal do całego świata Jesse postanawia pomóc mieszkańcom Salvation – przypina gwiazdę szeryfa i daje wyraźnie znać Quincannonowi, że sprawy od dziś wyglądają inaczej. Pamiętacie serial „Banshee”, nie tak dawno emitowany w telewizji? To dokładnie taka sama estetyka (podobne są też nawet pewne elementy fabularne), pociągnięta do granic umowności i karykatury poprzez możliwości, jakie daje komiks. Kaznodzieja widzi w Salvation swoje zbawienie – jakby trafił do miejsca o takiej nazwie nieprzypadkowo. Chce dać drugą szansę Ameryce, która, jak pamiętamy z poprzedniego tomu, rzadko kiedy sama komukolwiek taką oferuje. Salvation to jedno z tych malutkich miasteczek, które niczym magnes przyciągają ludzi w nim urodzonych przez całe ich życie. Grawitacja jest tak potężna, że szansę na wyrwanie się z niej istnieją tylko przed mniej więcej dwudziestym piątym rokiem życia. Jeśli nie uciekniesz do tej pory, to pozostaniesz już na zawsze. I wtedy musisz nauczyć się żyć według praw takiego miejsca, musisz nauczyć się szybko odwracać wzrok w odpowiednich momentach.

Jesse tego nie potrafi. Nigdy się nie nauczy, ponieważ jego całe życie okazuje się westernem, takim spod znaku Clinta Eastwooda. Sprawiedliwość za wszelką cenę, poczucie obowiązku pomocy słabszym, zaprowadzanie ładu brutalną siłą, zero jeńców. Piąty tom „Kaznodziei” jest westernem od początku do końca, nawet już po tym jak opuścimy Salvation. Wedle słów jednej z mieszkanek Jesse powinien, wedle prawideł gatunku, wypędzić drani, zakochać się w miejscowej piękności i zyskać oddane grono przyjaciół. Ważne jest jednak to, aby pamiętał, że nie ma co zbawiać świata, nie ma co porywać się na przegrane z góry sprawy. Wystarczy, że dopilnuje, aby nie było gorzej, niż jest. Idealizm Jessego zostaje wystawiony w Salvation na największą próbę jak do tej pory – Ameryka w końcu odpowiada mu na jego pytania o drugą szansę.

Wielki mit Ameryki, który mówi o tym, że wystarczy być uczciwym, oddanym krajowi i jego ideałom, rozsypuje się w końcu jak domek z kart. To wielkie kłamstwo. Jednak warto w nie wierzyć, ponieważ wiara ta pozwala wielu ludziom żyć z dnia na dzień. W jubileuszowym, pięćdziesiątym odcinku „Kaznodziei” poznajemy historię o tym, jak ojciec Jessego został bohaterem wojennym z Wietnamu. Amerykańskie ideały zostają rozbite w pył – „nasi chłopcy” umierający w azjatyckich dżunglach to absurdalna ofiara z wszystkiego na rzecz niczego. Ów mit okazuje się chybotliwą konstrukcją zbudowaną z marzeń wszystkich mieszkańców tego kraju, która nie potrafi udźwignąć cały czas powiększającej się masy swojego budulca. To nie Ameryka daje drugie i kolejne szanse, to ludzie sami powinni je sobie dawać. I tak też robi Jesse, którego złudzenie Ameryki rozwiewa się na molo wspominanym na początku recenzji. Tulip, jadę po ciebie. Aż do końca świata.

Piąty tom „Kaznodziei” to w dziewięćdziesięciu procentach Jesse Custer. Nie ma tu w ogóle mowy o Graalu, nie pojawia się Herr Starr i jego ludzie. Święty od Morderców ma chyba wakacje. Gębodupa, robiący oszałamiającą karierę w showbussinesie, występuje tylko jako antybohater radiowych wiadomości. Wampir Cassidy pojawia się na chwilę, aby dostać w końcu kopa od powracającej do życia blondyny. No właśnie – Tulip. Znalazło się i dla niej trochę miejsca. Autorzy komiksu przybliżają nam jej dzieciństwo, młodość i wszystkie wydarzenia, które doprowadziły do tego, że stała się tym, kim jest – pewną siebie, zawsze gotową do walki o swoje kobietą. Jej Ameryka też nigdy nic nie dała – Jessego Custera wzięła sobie przecież sama.

Tak, Tulip i Jesse. Historia ich związku to romans romansów, miłość przez wielkie M. Ballada, której strofy mówią o tym, że świat nie jest takim złym miejscem, jak mogłoby się wydawać. I choć w świecie tym ilość zła zawsze przewyższać będzie ilość dobra, to nigdy go nie całkowicie nie usunie. Ta namiastka teodycei nie wystarcza jednak naszym bohaterom. Tak łatwo nie da się usprawiedliwić Boga, który chowa się gdzieś w ciemnej dziurze, podczas gdy stworzony przez niego świat zwija się konwulsjach. Jesse kwituje to krótko: „Idę po ciebie s…synu. A otchłań mi towarzyszy”. Pora na tom szósty i ostateczną rozgrywkę z Wszechmogącym.


Tytuł: Kaznodzieja Tom piąty
Seria: Kaznodzieja
Tom: 5
Scenariusz: Garth Ennis
Rysunki: Steve Dillon
Tłumaczenie: Maciej Drewnowski
Tytuł oryginału: Preacher Book Five (Preacher #41-54)
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Vertigo
Data wydania: wrzesień 2018
Liczba stron: 368
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 175 x 265
Wydanie: II
ISBN: 9788328134447