Zwykły wtorek

Ocena: 
0
Brak głosów

Co wtorek jedliśmy w tej samej restauracji.

– Od kilku tygodni przesiadują tu gliniarze, zauważyłaś? – spytałem Zośkę.

Tym razem dwóch funkcjonariuszy zajmowało stolik pod oknem. Mieli stamtąd widok na cały lokal.

– Nic nie słyszałeś?! – Dziewczyna spojrzała na mnie jak na przybysza z Makemake lub innego obiektu transneptunowego z rubieży Układu Słonecznego. – Jakiś miesiąc temu zaginęła żona szefa kuchni.

Wzruszyłem ramionami. Nie byłem na bieżąco z „Wiadomościami”, „Faktami” ani żadnym innym serwisem informacyjnym. Każdy pokazywał zupełnie odmienną rzeczywistość. I każdy kłamał, naginając wszelkie możliwe zdarzenia do z góry ustalonej interpretacji.

Zająłem się pokaźnym, trójkątnym stekiem stygnącym powoli na białym, kwadratowym talerzu. Odkroiłem spory kawałek i po minimalnej obróbce żuchwą połknąłem, rozkoszując się jego krótką podróżą do żołądka. Smakował inaczej niż zwykle. Zmienili przyprawy?

– Ponoć zniknęła bez śladu. Zupełnie jakby wyparowała – kontynuowała Zośka.

W jej głosie słyszałem ekscytację. Czytała sporo kryminałów. Założę się, że zamiast kobiety uciekającej z kochankiem, wyobrażała sobie teraz najohydniejsze zbrodnie. W jej wizji małżonka restauratora została już brutalnie – i z całą pewnością wymyślnie – zamordowana.

Zabrzęczała krótkofalówka jednego z policjantów. Polecenie było niezrozumiałe nie tylko ze względu na zniekształcenie akustyczne. Najwidoczniej stosowali szyfr.

Zanim komunikat wybrzmiał trzaskiem zakończenia połączenia radiowego, mundurowi zerwali się z miejsc i ruszyli w stronę kuchni. Byli w połowie drogi, kiedy do lokalu wtoczył się oddział funkcjonariuszy w czarnych kamizelkach kuloodpornych. Jeden z nich zatrzymał się przy wejściu i poprosił wszystkich o opuszczenie restauracji.

Zaskoczeni goście zaszurali krzesłami z ociąganiem wykonując polecenie. My również.

Zośka w przejęciu stukała obcasami nowych, czerwonych szpilek. Kiedy pomagałem jej założyć płaszcz, grupa szturmowa wparowała do kuchni.

 

Wraz z innymi gapiami staliśmy na chodniku po drugiej stronie ulicy i obserwowaliśmy osoby wyłaniające się z restauracji.

Detektywi wykrzykiwali jakieś rozkazy, a  po chwili wyprowadzili szefa kuchni w kajdankach.

Nie wydawał się zaskoczony. Był raczej opanowany; nie stawiał się, nie wrzeszczał, nie wierzgał. Nerwy puściły za to jednemu z konwojentów:

– Ty chory pojebie, jak mogłeś pokroić własną żonę na steki?!

Zwymiotowałem prosto na nowe szpilki Zośki.