Pożar

Ocena: 
0
Brak głosów

Kiedy Janka miała dwadzieścia lat, niebo na południu zajęło się pomarańczową łuną pożaru.

– Pali się – mówili sąsiedzi. – Gdzieś w Łodzi się pali!

– W nocy się już zaczęło, mąż widział jak wracał ze zmiany.

–Zakłady? Które?!

– Gadają, że Niemce podpalili. Że w środku są ludzie!

– Żydki?

–Nie, nie żydki. Za blisko. Więzienie.

Szeptali podnieceni, wymieniali plotki. Wsiadali w tramwaj i jechali, chociaż Janka tak naprawdę nie wiedziała po co. Pomagać? Ratować? Popatrzeć z bliska? Tak naprawdę chyba nikt się nad tym nie zastanawiał. Kolejny tramwaj przyjechał, a na południu coś się paliło, podobno ludzie.  No to wsiadła i pojechała, choć nie miała pewności, czy powinna, czy tego właśnie chce.

Tramwaj trząsł się na torach, pola pokrywała gruba pierzyna śniegu. W blasku ogniowej łuny śniegowa pierzyna zdawała się płonąć, podbita rudawą barwą zeschniętej krwi.  Trasa tramwaju przebiegała akurat obok płonącego kompleksu budynków. Można było patrzeć do woli. Można było wysiąść i – czekając na przystanku na powrotny tramwaj – napawać się dziełem zniszczenia.

I tak naprawdę nie można było zrobić nic więcej.

Wtedy zobaczyła ogień po raz pierwszy i nigdy już nie przestała go widzieć. Jedna zbłąkana iskra utkwiła pod jej powieką, sprawiając, że cały świat zdawał się płonąć, podbity odrobiną krwawej łuny. Ogień wróci. Teraz go ugasiliście, owszem, ale poczekajcie, tylko poczekajcie.

Jak gdyby nigdy nic wróciła do domu i zasiadła przy maszynie do szycia. Wyciągnęła z mechanizmu przyszykowaną już zawczasu białą nić i zamiast niej nawlekła czerwoną. Kontynuowała szycie, raz dwa, raz dwa. Rytmiczne naciskanie pedału maszyny, rozdzierająco miarowy stukot, miękkość przesuwanego między palcami jedwabiu, idealnie równy, czerwony ścieg na białej tkaninie.  W jej oczach – wciąż pełnych powidoków niedawnego pożaru – wydawał się piękny. Jak śnieg odbijający w półmroku ogniste łuny.

Igła zaplątała się w materiał – błąd, który nigdy wcześniej nie miał miejsca i który nigdy nie powinien się przydarzyć, nie jej. Sięgnęła do szufladki po nożyczki, by jakoś rozplątać supeł. Wzięła w dłoń jeden ze starych ścinków brunatnego płótna. Od niechcenia obróciła go między palcami.

Zabawne.

Przypominał nieco człowieka. Mógłby mieć na sobie luźne, brunatne ubranie więźnia. Mógł stać na dachu budynku, szukając drogi ucieczki z płomieni. Możliwe, że widziała go dzisiaj z przystanku. Postawiła go na szczycie maszyny do szycia, następnie zaś wypuściła spomiędzy palców. Opadał jak płatek.

– Łup – powiedziała, zastanawiając się przy tym, czy na pewno taki dźwięk wydawałoby ciało bezwładnie upadające na zmarznięty śnieg pod murem.

Z odległości ulicy nic nie słyszała, tylko to, że ludzie gadali. Że ktoś krzyczał, żeby skakać, że nie ma innej możliwości.

Sięgnęła po kolejny ścinek. Opadał na drewnianą podłogę jak zmęczony motyl. Trzeci, czwarty. Piąty więzień skoczył z dachu, szósty, cała grupa! Wyjęła całą szufladę i wyrzuciła wszystko na podłogę. Sięgnęła po zapałki i podpaliła. Nareszcie rzeczywistość zgadzała się z tym, co wciąż czaiło się pod jej powiekami.

Gdy siostra zajrzała do pracowni, ścinki materiału tliły się już tylko i dopalały, Janka zaś jak gdyby nigdy nic siedziała przy maszynie, pracując nad zamówioną sukienką. Nie protestowała, gdy siostra zabrała ją z pracowni, zasypała piaskiem miniaturowy pożar i opatrzyła poparzone ręce.

Tylko sukienkę trzeba było spruć i zacząć szyć na nowo. Klientka nie chciała iść do ślubu w białej sukni z rozedrganymi, czerwonymi szwami.

 

Przez wiele nocy śniła o tym, że gasi pożar, ten sam, który wcześniej oglądała zza szyby tramwaju. Wylewała na ogień wodę z wiadra, w środku nie było jednak wody, jedynie kurz, migoczący na czerwono w blasku pożaru. Przypatrywała się zahipnotyzowana wirującym w powietrzu drobinkom. Obserwowała jak ludzie skaczą z dachu i upadają na ziemię z łagodnym, bezszelestnym “łup”.

W dniu ślubu widziała w oczach męża ten sam ognisty odbłysk. Też tam był, nawet jeśli wtedy nie dostrzegli się w tłumie. Też to widział. A może wcale nie, może widział znacznie większe pożary, łuny jeszcze gwałtowniej bijące pod niebo. Nigdy nie opowiadał o tym, jak do jego oka dostała się iskra pożaru, ona też nigdy nie wspominała o pochodzeniu swojej. Nie było takiej potrzeby. Wystarczyła świadomość, że patrząc w ogień, tak naprawdę widzą to samo, nad tym samym się zastanawiają, słyszą ryk płomieni żarłocznie pochłaniających wszystko na swojej drodze.

Śniła o pożarze, gdy po kilku tygodniach umarło jej najstarsze dziecko i gdy żegnała męża. Wciąż widziała go pod powiekami, wciąż wpatrywała się zachłannie w ogień na piecu, i czasem, gdy nikt nie zauważał, wplatała w wykańczane na maszynie ubranie jedną czerwoną nitkę. Wiedziała, że lekarze nie mają racji i to nie żadna drzazga, ale iskra dawnego pożaru zaprószyła jej oko i częściowo odebrała wzrok. Miała zresztą nadzieję, że na tym się skończy, że gdy straci tamto oko, nie będzie już widziała płomieni, zniknie obraz łuny wypalony pod powiekami.

Wiele razy próbowała o tym komuś powiedzieć, o pożarze, o tramwaju, o ludziach opadających z dachu jak pociemniałe płatki sadzy. Bajki do straszenia dzieci. Tak to było traktowane, tak o tym mówili. Nie dowierzali, że ktoś rzeczywiście na widok łuny mógłby chcieć dotrzeć bliżej, zamiast uciekać, że chciałby dowiedzieć się, a za co to, a dlaczego, a czy da się coś zrobić.

Może ja po prostu nie umiem o tym opowiadać, uspokajała samą siebie. Może jeszcze nie teraz, może przez ogień nie widzę i nie pamiętam tak wyraźnie. Wokół pożaru powietrze zdaje się falować, zginać się jak osmalona kartka papieru. Może coś źle widziałam, może tamtego dnia rzeczywistość też się trochę zgięła i osmaliła.

Może kiedyś Janka znajdzie odpowiednie słowa, odpowiedni sposób, może nikogo nie przestraszy. Może – kiedy już ogień przestanie ją otaczać coraz ciaśniejszym kręgiem, odbierając oddech, wypełniając uszy rykiem dawnych głosów i przysłaniając jedyne sprawne oko dymem.

Może wtedy komuś powie.