Porzucona

Ocena: 
0
Brak głosów

Zachód słońca rozlał się po pokoju krwistoczerwonymi promieniami. Za oknami apartamentu toczyło się codzienne życie wielkiego miasta. Uliczny zgiełk nie przycichał ani odrobinę, mimo zbliżającej się nocy. Setki par butów, każda swoim rytmem, uderzały miarowo o chodnik, a mechaniczny warkot aut wznosił się pośród ton stali i betonu aż pod niebo, sięgając szczytów szklanych wieżowców, wokół których snuły się sennie stada gołębi.

Tam na zewnątrz czas płynął swoim stałym rytmem. Dla Cynthii postanowił się zatrzymać.

Zrozum to, już cię nie kocham.

Słowa odbijały się echem w pomieszczeniu, dudniły boleśnie w jej uszach, powtarzane bez końca.…już cię nie kocham.

Rozwód. Po tylu latach. Z dnia na dzień, tak po prostu.

– Musisz się wyprowadzić. – Matthew zaraz przeszedł do rzeczy. – Najlepiej od razu.

Cynthia przez łzy schwyciła jego spojrzenie. Zimne, obojętne. Obce.

– Przedwczoraj obchodziliśmy rocznicę, a dziś… – Z trudem przełknęła ślinę, chcąc rozluźnić ściśnięte gardło. – Dziś wyrzucasz mnie z domu?

– Przykro mi, Cynthio. Nie możesz tu zostać.

– Nie wyglądasz, jakby ci było przykro.

Matthew zauważył, jak cała drży. Dotknął jej dłoni w uspokajającym geście, lecz natychmiast poderwała się z miejsca, odtrącając go.

– Idź do diabła – wydała z siebie zduszony szept, choć głęboko wewnątrz jej dusza wprost wyła z bólu.

Spakowanie niezbędnych rzeczy zajęło Cynthii parę chwil – i tak nie dałaby rady zabrać wszystkiego naraz.

– Masz kogoś. Wprowadzi się jutro, prawda? – spytała, naciskając klamkę.

Mijały sekundy. Przedłużające się milczenie utwierdziło ją w tym przekonaniu. Przekroczyła próg mieszkania.

– Matt, nie rozumiem. Dlaczego? Byliśmy tacy szczęśliwi…

Matthew zbliżył się powoli.

– Tak sądzisz?

Cofnęła się zaskoczona, gdy trzasnął drzwiami. Po chwili usłyszała zgrzyt przekręcanego klucza.

 

***

 

Courtney zatrzymała się, wzdychając teatralnie. Jej ręka zanurzona była po sam łokieć w przepastnej torbie, podczas gdy nieuchwytna komórka rozbrzmiewała riffem z „Highway to Hell”. Wreszcie, po dłuższej chwili, wyczuła pod palcami kształt telefonu. Odgarnęła za ucho opadający na twarz kosmyk włosów i odebrała.

Czarne szpilki znów zastukały o chodnik.

Cześć, mamo!…

...tak…

…tak, wiem…

…mamo, chcę ci coś powiedzieć, daj mi dojść do słowa...

…nareszcie weźmiemy z Matthew ślub…

…wiem, ja też…

…tak strasznie się cieszę…

…owszem, rozwiedli się, nawet nie rozmawiają ze sobą…

…nie, mamo, naprawdę jej współczuję, ale…

…kochamy się, a z nią Matt…

…to nie mogłoby…

…tak wyszło. po prostu…

…pogmatwane, wiem…

…powiedział, że to załatwi, za chwilę powinien zadzwonić…

…jasne, widzimy się…

…ja ciebie też. Pa.

Tymczasem Cynthia, stojąc na dachu wieżowca, ostatni raz spojrzała na stalowoszarą panoramę miasta. Przymknęła powieki i zrobiła krok do przodu.

Potem kolejny i następny, aż wreszcie jej stopa natrafiła na pustkę.

 

***

 

– Jak to wygląda?

– Chujowo.

Joey w odpowiedzi tylko skinął głową, po czym wszedł za parawan osłaniający miejsce zdarzenia przed wzrokiem ciekawskich. Szybko przyznał koledze z wydziału rację. Szkarłatny rozbryzg miał parę metrów średnicy. Walcząc z bolesnym skurczem żołądka, wpatrywał się w leżącą przed nim krwawą jatkę, z której, niczym szpony monstrualnej łapy, sterczały w górę strzaskane żebra. Mimo wieloletniego doświadczenia, wstrząsnął nim widok dwóch par poskręcanych groteskowo rąk. W jednej z dłoni nadal znajdował się telefon.

Nagle z urządzenia dobiegł dźwięk przesterowanej gitary. Joey uklęknął. Zmarszczył nos, czując tak dobrze znany mu odór, i odpędził dłonią krążące wokół zmasakrowanych ciał muchy. Tknięty niezrozumiałym impulsem ostrożnie wydostał dzwoniącą komórkę z kurczowego uścisku zimnych palców.

Na ekranie widniało imię: MATT.

Nacisnął zieloną słuchawkę.