Ogród

Ocena: 
10
Average: 10 (2 votes)

Wszystko zaczęło się, gdy w kącie mojego pokoju, za szafą, odkryłem okno.

Był zimny, listopadowy wieczór, a ja bezskutecznie poszukiwałem pewnego małego przedmiotu o wielkim znaczeniu. Deszcz szumiał i bębnił o parapety; wiatr wył w przewodach kominowych, niósł ze sobą chłód i zapach butwiejących liści. Brudnobiałe ściany mojego mieszkanka wydawały się ciaśniejsze niż zwykle, żółte światło rzucało długie, rozedrgane cienie. Ja tymczasem, zapomniawszy o poszukiwaniach, stałem oniemiały, i gapiłem się na okno, którego nie powinno tam być.

Czas wypaczył drewnianą futrynę. Ktoś pociągnął ją białą farbą, łuszczącą się pod palcami, kurz pokrył szyby grubą, szarą warstwą. Chwyciłem klamkę, przekręciłem i zapachniało wiosną. Ciepłą ziemią, trawą, bzem, jaśminem i nocą. Majem.

Zaparłem się i pociągnąłem. Wypaczone drewno ustępowało powoli, ze zgrzytem. Otworzyłem je do końca i zamarłem.

Było późne, majowe popołudnie. W ostatnich promieniach słońca mury starej kamienicy miały barwę miodu, niebo odbijające się w oknach było jak woda w głębokiej lagunie. Potrząsnąłem głową. Za sobą wciąż słyszałem szum deszczu. Oparłem łokcie o chropowaty parapet, zamknąłem oczy. Przez powieki widziałem światło, czułem ciepło słońca na policzkach. Głęboko wciągnąłem do płuc zapach trawy, wieczora i wiosny.

Otworzyłem oczy. Ściany sąsiednich budynków tworzyły niewielki dziedziniec, zarośnięty i zapomniany przez ludzi i czas. Tuż pod moim oknem rosła stara, sękata mirabelka, obsypana teraz białym kwieciem; gdybym się wychylił, mógłbym dotknąć gałęzi. Pod drzewem ktoś postawił ławkę z białego, spłowiałego drewna. Wiatr szumiał cicho w trawie i zeschłych liściach, w oddali pogruchiwały gołębie. Słońce zachodziło powoli, niebo nad dachami płonęło ochrą i pomarańczem.

Spojrzałem niżej i dostrzegłem na parapecie biedronkę, i kolejną. A potem jeszcze jedną, ciemnokrwistą, czerwoną kropkę. To nie biedronki, uświadomiłem sobie. Kciuk miałem czerwony; musiałem się skaleczyć, szarpiąc się z oknem. Possałem palec, zapiekło. Poczułem smak kurzu i krwi. Poczłapałem do łazienki, przemyłem rękę zimną, brunatną wodą o smaku żelaza. Kiedy wróciłem, okno zniknęło. Poszedłem w miejsce, gdzie było, w ten kąt za szafą, pogładziłem lepki od kurzu tynk. Ściana była gładka i chłodna. Potrząsnąłem głową; nieprawdopodobne, pomyślałem. Przesunąłem szafę na miejsce i udałem się na spoczynek.

Leżałem dość długo w moim ciasnym łóżku, słuchając skrzypienia starego, osiadającego budynku i szumu wiatru w kominie. W końcu, zmęczony, zasnąłem.

Po jakimś czasie życie zmusiło mnie do zmiany lokum, co uczyniłem z przykrością. Nie znalazłem już tego okna; lecz czasem, gdy na zewnątrz szumiał deszcz, a świat miał barwę kurzu, tuż przed snem czułem zapach mirabelek i nagrzanych słońcem murów.

Nie przestałem szukać. Po wielu, wielu latach wykupiłem stary budynek i przeszukałem cal po calu fragment ściany za szafą, lecz ogrodu już nie odnalazłem. Zjeździłem świat, wnioskując, że skoro jedno okno otworzyło się na poddaszu mojego starego domu, może znajdę miejsce, gdzie otwiera się jakieś inne?

Odwiedziłem Pekin, Beirut i Kalkutę; piłem kawę w Istambule, herbatę w Moskwie i rum na Gwadelupie, lecz okna nie odnalazłem. I choć nie osiągnąłem celu, jestem szczęśliwy. Dziś, jako stary człowiek mogę powiedzieć, że miałem dobre życie, życie, które warto było przeżyć. Siedzę teraz na werandzie mojego domu, obserwując zachodzące słońce i czekam, aż okno otworzy się dla mnie po raz ostatni.