Z mitologii smoków: legenda o Smoku Wawelskim

Ocena: 
0
Brak głosów

Bardzo dawno kiedyś, w trakcie wyczerpującej, międzygalaktycznej podróży pierwszy smok wylądował awaryjnie na Ziemi. Lądownie nastąpiło w okolicach dosyć dużej, zabytkowej polskiej metropolii, znanej wówczas pod nazwą – „Cracovia”. Obecnie Wisła Kraków.

Początkowo wydawało mu się, iż dostąpił niezwykłego szczęścia, albowiem jego statek osiadł niedaleko przepływającej rzeki, co pozwoliło na szybkie uzupełnienie zbiorników. Nie mógł również narzekać na przyjęcie przez tubylców, którzy zgotowali mu serdeczne powitanie, biorąc prawdopodobnie za boskiego wysłannika. Z racji słusznych rozmiarów nie był w stanie skorzystać z gościny władcy, tym chętniej jednak przyjął propozycję zamieszkania w jaskini leżącej u podnóża jego pysznej siedziby, stąd znane wszystkim dane osobowe smoka. Nosząca znamiona imprezy masowej zabawa powitalna przeciągnęła się do późnych godzin nocnych.

Do pierwszego zgrzytu doszło już podczas pierwszej nocy, kiedy to zorganizowane grupy pozbawionych szacunku wobec gościa z innego wymiaru złomiarzy, usiłowały pociąć na części stalowy wehikuł z Comsa. Na całe szczęście w porę obudzony  Smok Wawelski zdołał ukryć maszynę w jaskini.

Mimo nierokującego incydentu, dalsza koegzystencja układała się nadspodziewanie dobrze. Pełen dobrych chęci Smok położył kres kilku groźnym pożarom, czym zasłużył na specjalne względy na dworze królewskim, a przeszkalając kilkunastu chętnych, znacznie przyczynił do powstania pierwszej na ziemiach polskich regularnej jednostki straży pożarnej.

Sam król jegomość położył kamień węgielny pod remizę. Kiedy smoczy sojusznik kilkukrotnie spalił zagrażające grodowi nad Wisłą wraże łodzie wikingów, królewska wdzięczność nie miał granic. Dość wspomnieć, iż w nagrodę monarcha obiecał bohaterowi rękę swej wdzięcznej córki.

Cóż, powodzenie automatycznie wzbudza zawiść. Nie inaczej było i tym razem. Dopiero zaczęły się piętrzyć knowania i wymyślne konstrukcje kłamstwa. Nienawistni dworzanie jeden przez drugiego jęli snuć spiski mające na celu odwrócenie fortuny smoczego przybłędy, gadziego wrzodu, czyli tego zielonego pomyleńca, jak powszechnie go określano. No i stało się. Pewnego razu dobroduszny smok skonsumował otrzymaną od pragnącego zachować anonimowość darczyńcy, partię drobno zmielonych mieszanek węgla, gdzieś tak ze trzy furmanki. Niestety nie zdawał sobie sprawy, bo skąd, iż feralny podarunek to przeznaczony do wyrobu koksu metalurgicznego, węgiel koksujący o podwyższonej wartości opałowej. Nie zdążył nawet odbyć poobiedniej drzemki, kiedy poczuł nieodparte wprost pragnienie, więcej – w brzuchu wybuchł pożar! Czym prędzej rzucił się więc do Wisły, celem zaspokojenia palącej potrzeby. Nic z tego. W otrzewnej rozpoczęła się zdradziecka piroliza, której wciągane masy wody nie mogły już żadną miarą powstrzymać. Wkrótce doszło do zerwania wzajemnych wiązań węgla, a kiedy pękły wiązania z wodorem oraz tlenem, powstałe masy gazowe musiały znaleźć swoje ujście…

Dość napomknąć, iż po niebywałej eksplozji, chmura pyłów zalegała nad królewskim grodem bez mała przez dwa tygodnie, skutecznie ograniczając widoczność do czasu, aż przegonił ją halny. To właśnie wówczas podjęto wiążącą decyzję o wyprowadzeniu dymarek do Nowej Huty.