Pax Romana – Adrian Goldsworthy

Opracowanie-marzenie

Hubert Przybylski

Kilka tygodni temu narzekałem, że moja przygoda z jedną z książek trwała trzy tygodnie i że było to o trzy tygodnie za długo. Pozycję, którą zamierzam dziś przedstawić, również czytałem tak długo. Ale gdy „Pax Romana” Adriana Goldsworthy’ego się skończyła, żałowałem, że stało się to tak szybko. Jakieś półtora roku temu omawiałem Wam „SPQR. Historię starożytnego Rzymu” Mary Beard* i stwierdziłem wtedy, że nie czytałem lepszego opracowania o imperium rzymskim. Czy książka prof. Beard napotkała godnego rywala?

Ale najpierw kilka słów o zawartości „Pax Romana”. Autor podjął się w niej próby wyjaśnienia fenomenu „rzymskiego pokoju”. I wziął się za to naprawdę skrupulatnie, bo skupił się na wszystkim, co mogło mieć na niego wpływ – od polityki wewnętrznej Rzymian i ich sąsiadów oraz stosunków międzynarodowych, poprzez kwestie militarne, podatkowo-fiskalne, gospodarcze, prawodawstwo czy przestępczość, po sferę obyczajów i moralności ówczesnych ludzi**. Od czasów agresywnej ekspansji republiki i pierwszych lat cesarstwa przez złote lata imperium aż po jego rozpad. Z książki dowiecie się, co tak naprawdę znaczą pojęcia takie jak „dziel i rządź” czy „chleba i igrzysk”.

Jak sami widzicie, zakres przekazywanych przez Goldsworthy’ego informacji jest olbrzymi i bez najmniejszych wątpliwości jego książka to normalne zdrowe „kompendium wiedzy”. Ale to nie jedyna zaleta „Pax Romana”. Równie ważne jest to, że autor wskazuje nam wyraźnie te kwestie, o których nie wiemy nic***, albo wiemy zbyt mało, żeby je jednoznacznie wyjaśniać lub klasyfikować, a to sprawia, że, w pozytywnym tego określenia znaczeniu, pozycję tę można nazwać również „kompendium naszej niewiedzy”.

Szanuję Goldsworthy’ego także za to, że nie boi się wytykać błędów swoim koleżankom i kolegom historykom i archeologom. Historykom dostaje się między innymi za to, że zamiast myśleć samodzielnie, zbytnio poddają się trendom – od początku lat osiemdziesiątych XX w. trwa „moda” na ukazywanie starożytnych Rzymian jako bezwzględnych, krwiożerczych zdobywców, a przez to pojawia się milion opracowań konkurujących w jak najbardziej jaskrawym przedstawieniu ich w owym, bezwzględnie krwiożerczym, świetle****. Ci drudzy natomiast „za dużo zgadują” i przesadnie naginają fakty dla podtrzymania wysnuwanych teorii. Choćby taka kwestia fortów legionowych. Archeolodzy napisali o nich tysiące prac***** będących potem podstawą dla kolejnych tysięcy opracowań będących dziełem historyków*******. Tymczasem Goldsworthy przypomina, że tak naprawdę to porządne badania archeologiczne przeprowadzono tylko w jednym jedynym rzymskim forcie legionowym, a w pozostałych co najwyżej zrobiono podstawowe badania sondażowe. Przy czym owe „pozostałe” to nie cała reszta znanych fortów, tylko te kilkanaście czy nieco więcej, w których prowadzono jakiekolwiek merytoryczne badania archeologiczne. Biorąc pod uwagę dołączone do książki mapki ze znanymi nauce pozycjami rzymskich fortów w prowincjach imperium, to takimi badaniami objęto żałośnie mały odsetek ruin.

Bardzo spodobało mi się też to, że choć autor odżegnuje się od jakichkolwiek krytyk tego, jak zorganizowane są dzisiejsze państwa, i wyraźnie mówi, że „głupotą byłoby doradzać politykom, by postępowali w ten czy inny sposób dlatego, że Rzymianie odkryli, iż to się sprawdza”, to jednocześnie omawia kwestie związane z imperium rzymskim tak, że bez najmniejszego problemu można sobie samemu porównać przeszłość z teraźniejszością i wysnuć własne wnioski. Jeszcze bardziej spodobał mi się sposób, w jaki Goldsworthy podsumował swoją książkę (mam nadzieję, że nie uznacie tego za spoiler):
Choć w XXI wieku sytuacja wygląda lepiej, pokój wciąż pozostaje nieosiągalny w znacznej części globu i nie jest czymś, co zdarza się samo z siebie. Nie należy oczywiście rozumieć tego jako apel o budowę nowego imperium rzymskiego, ale jako przypomnienie, że na tak cenną rzecz jak pokój trzeba zapracować.

Co prawda „Pax Romana” nie ma aż tylu dodatków w postaci ilustracji i fotografii co „SPQR”********, ale za to w tej pierwszej zamieszczono świetny słowniczek rzymskich tytułów, nazw, stopni wojskowych, stanowisk urzędniczych i tym podobnych, wraz z ich objaśnieniem. W dodatku książka jest całkowicie pozbawiona błędów korektorskich, które doskwierały polskiemu wydaniu książki prof. Beard.

Moja ocena? 9,9/10. „SPQR” prof. Beard była świetną książką, ale „Pax Romana” okazała się jeszcze lepsza i wobec braku jakichkolwiek minusów w tej pozycji normalnie zdrowo nie mogłem dać oceny niższej. Uwierzcie lub nie, ale książkę tak gęsto poprzetykałem zakładkami, zaznaczając fragmenty warte zapamiętania i rozważenia, jak chyba nigdy dotąd. Chciałbym móc zacytować lub choćby przybliżyć Wam kilka z nich*********, ale zdecydowanie lepiej będzie, jeśli sami sięgniecie po to opracowanie**********. Wiem, że to zabrzmi sztampowo, ale „Pax Romana” naprawdę jest lekturą obowiązkową dla każdego miłośnika historii, teologa, politologa, ekonomisty czy sympatyka nie tylko dawnych militariów.


Tytuł: Pax Romana
Autor: Adrian Goldsworthy
Tłumacz: Norbert Radomski
Wydawca: REBIS
Data wydania: 3.04.2018
Ilość stron: 584 (kompletny brak reklam!)
ISBN: 978-83-8062-204-3


* http://szortal.com/node/11290

** Książka prof. Beard skupiała się właśnie na tych ostatnich.

*** Jednym z takich obszarów „niewiedzy” jest kwestia szkolenia rekrutów w legionach. Nie ma na ten temat żadnych informacji, przekazów czy zachowanych inskrypcji. Absolutnie żadnych.

**** Całkowicie zapominając o fakcie, że ludy otaczające Rzymian były bezwzględnie krwiożercze w równym, albo i jeszcze większym stopniu co Rzymianie.

***** A ilu archeologów się na tym umagistrzyło, zadoktoryzowało, obhabilitowało tudzież sprofezorzyło?******

****** Ostatnio ciągle zapominam o mojej misji uczenia Was, moi drodzy Szortalowicze, nowych słówek. Co, mam nadzieję – ze względu na galopującą starczą demencję piszącego te słowa szczerze Wam oddanego szortalowego emeryta – mi wybaczycie.

******* Jak „dwa piętra” wyżej, tylko zastąpcie „archeologów” „historykami”.

******** No, może poza mapkami, bo tych w książce Goldsworthy’ego jest naprawdę sporo.

********* „Pax Romana” jest choćby świetnym uzupełnieniem Nowego Testamentu. Nie dlatego, że jej autor próbuje nawracać czytelników, broń Panie Boże. Po prostu dla współczesnych ludzi teksty zawarte w Biblii są całkowicie pozbawione jakiegokolwiek kontekstu społecznego, politycznego, prawnego, gospodarczego czy militarnego. Widać to choćby na przykładzie przypowieści o dobrym Samarytaninie, czy ewangelicznych informacjach o ostatnich dniach Jezusa przed ukrzyżowaniem. Całkiem inaczej odbiera się Biblię, gdy się wie, że Żydzi byli najbardziej skłóconym między sobą i z innymi nacjami narodem rzymskiego imperium, pozostającym od zawsze w ciągłym konflikcie ze wszystkimi (czyli innymi Żydami, Grekami, Samarytanami, Egipcjanami, Rzymianami, Partami oraz członkami innych plemion czy narodów, które mieszkały w tych samych okolicach). Już nie wspominając o tym, że jako jedyni buntowali się przeciwko Rzymianom więcej niż jeden raz, a na terenach Galilei i w okolicznych regionach bandyctwo kwitło na niespotykaną nigdzie indziej skalę.  

********** Już nie wspominając o tym, że Karolina, Kasia i Matylda dałyby mi za kolejny milionznakowy tekst popalić…