Czternasty raz

Ocena: 
0
Brak głosów

Stał za jej plecami. Nie jak cień, lecz jak anioł stróż. A może diabeł? Najchętniej podskoczyłby z radości. W końcu miał ją tylko dla siebie! Wdychał zapach jej szamponu, migdałów z domieszką kokosu. Słuchał jej oddechu, miarowego i spokojnego. Dotykał jej skóry, aksamitnej i niemalże przezroczystej.

Mógł ją przytulać, całować, głaskać.

Przesunął się w prawo, dokładnie o pięćdziesiąt centymetrów. Teraz widział ją z profilu, obserwował skupienie wyrysowane na szczupłej twarzy i zadarty nos, który marszczyła z każdym ruchem pędzelka na pieczeni.

Ważyła zaledwie pięćdziesiąt dwa kilogramy przy wzroście metr sześćdziesiąt cztery. Dobry wynik. Zmieściłaby się w walizce, gdyby zaistniała taka potrzeba.

Najbardziej podniecały go jej włosy. Rude. Naturalne. I piegi na twarzy. Uwielbiał kobiety o takim typie urody. A może ich nienawidził?

Sięgnął do tylnej kieszeni spodni. Wyjął lateksowe rękawiczki. Kiedy je zakładał nawet nie zaszczyciła go spojrzeniem. Tak mu ufała.

Przylgnął do jej pleców, w odpowiedzi tylko się zaśmiała. Miała niezwykły śmiech, wręcz perlisty chichot, który obiecał sobie zapamiętać przez najbliższy tydzień.

– Dziękuję, że mnie zaprosiłaś. – Pocałował ją w kark.

Kolejny raz się zaśmiała. Szkoda, że tak bardzo polubił ten śmiech.

Sięgnął do kieszeni po scyzoryk. Nigdy się z nim nie rozstawał. Otworzył go. Przysunął w pobliże jej włosów i…

Ręka mu zadrżała. Pierwszy raz od dwunastu razy, nie licząc tego karygodnego pierwszego, zadrżała mu ręka. Niech to jasna cholera!

– Pomożesz mi włożyć pieczeń do piekarnika? – spytała.

Miał ostatnią szansę by działać. Zaraz spostrzeże, co się dzieje.

Przecież nie po to zmarnował miesiąc, aby teraz się wycofać. Obserwował ją, przypadkowo na nią wpadał i udawał czasami, że jej nie widzi, aby grać zaskoczonego. Przychodził do jej domu, kiedy była w pracy i sprawdzał, czy podłoga nie skrzypi. Skrzypiała, więc opracował dla siebie drogę ucieczki, tak by sąsiedzi nie słyszeli jego kroków. Niby na dole mieszkała półgłucha babcia, a sąsiedzi z naprzeciwka wyjechali, ale mimo wszystko wolał dmuchać na zimne, ukryć się nawet przed duchami.

Pieprzony rudy babsztyl.

Myślał, że to trzynasty raz będzie najtrudniejszy, bo liczba trzynaście przynosiła pecha. A tu czternastka płatała mu figle!

Wciągnął powietrze. Poczuł migdały i kokos. Jedna sekunda i koniec. Jej oczy otwierały się coraz szerzej. Usta układały się w niemym jeszcze krzyku.

Niech to szlag! Trafił w brodę, ostrze weszło bez oporu. Rozciął język, stłumił jej wrzask. Widział krew spływającą do rękawów jego bluzy. Nie spodobało mu się to, bo lubił tę bluzę. Teraz będzie zmuszony ją spalić.

Po wszystkim potrzebował trzydziestu minut na uspokojenie. Pierwszy raz zmienił swój sposób działania. Jak on to sobie wybaczy?

 

Tydzień później dowiedział się u lekarza, że drżenie rąk spowodowane jest cukrzycą. Na szczęście czternasty raz nie był pechowy.