Obcy na pokładzie

Ocena: 
0
Brak głosów

Ta-to! Ta-to! Obcy weszli na statek! Stopili ścianę i łażą po korytarzu! Słyszałem! Obudź się!

Szarpanie za koszulkę niczego nie daje. Tata śpi. Ani drgnie, choć już nie czuć od niego wódki.

Nie obudzę go, Pugeno mówię do leżącej na mojej koi pantery śnieżnej. Nie wiem czemu ciągle śpi. Pewnie znowu za dużo pracował na wachcie w maszynowni. Dziwne, ale może i dobrze, bo znowu by na nas krzyczał.

Kotka leciutko przekrzywia łeb i patrzy na mnie smutnymi złotymi ślepiami. Słychać odległy trzask. Stal wahadłowca drży, niosąc echo ciężkich kroków. Kot wstaje i znacząco patrzy na drzwi.

Wiem, Pugeno. Ja też jestem bardzo głodny. Musimy poszukać mamy. Bardzo długo jej nie ma. Może znowu jest zła na tatę? Mogłaby już przyjść. Boję się. Co będzie, jak obcy jej coś zrobią? Musimy iść na mostek, ale… – Patrzę, jak zwierzę przeciąga się oparte przednimi łapkami o drzwi. Mama zabroniła tam chodzić… Ale może się nie pogniewa, jak jej poszukamy i powiemy, że jesteśmy głodni?

Światło lampki nad drzwiami wyjściowymi z kajuty, zawsze zielone, już jakiś czas miga na czerwono. Cały korytarz i cały statek jest czerwony. Wszystko wygląda teraz jak wnętrze żyły z bajki o ciele człowieka. Tylko czerwonych krwinek nie ma, za to wszędzie palą się pomarańczowe napisy, których nie rozumiem.

To na pewno ostrzeżenie przed obcymi wyjaśniam kotu, którego łapy miękko stąpają po gładkiej stali, w przeciwieństwie do moich ciężkich butów. Wszyscy musieli wiedzieć, że przylecą i włączyli. Nie wiem tylko gdzie są wszyscy? Może poszli walczyć z obcymi. Mam nadzieję, że mama nie poszła sobie z mostka.

Śpieszę się i już po chwili potykam się o luźną sznurówkę. Nie umiem ich jeszcze za dobrze wiązać. Sierść na grzbiecie Pugeny jeży się ostro, gdy przestraszona patrzy to na mnie wstającego z ziemi, to na róg korytarza. Trzaski i kroki są coraz bliżej.

Korytarzem im nie uciekniemy.

Kotka delikatnie chwyta w pysk rękaw bluzy i ciągnie mnie w stronę szybu wentylacyjnego.

Mama się wścieknie, jak się dowie, że znowu tam się chowamy.

Pugena patrzy ponaglająco, a złote ślepia płoną niczym ognisko w czerwonej poświacie korytarza. Nagle kotka spina się i wyskakuje do przodu zasłaniając mnie swoim ciałem. Groźny ryk pantery zlewa się z hukiem kroków. Już tu są. Na końcu korytarza pojawiają się trzy wyszczerzone czarne smoki. Machają łapami i zamiatają podłogę długimi ogonami.

Nie wiem kiedy zaczynam piszczeć, rozpaczliwie szarpiąc się z kratką wentylacyjną. Smoki są już bardzo blisko. Przeraźliwe warknięcie odbija się echem od stalowej konstrukcji korytarza, gdy Pugena rzuca się na nie. Kratka puszcza i w ostatniej chwili znikam w środku srebrnego szybu. Potężna czarna łapa dosięga tylko mojego lewego buta. Jednak dobrze, że nie umiem ich wiązać. Uciekam, długo jeszcze słysząc pisk Pugeny i wrzaski smoków niosące się echem po wąskim tunelu wentylacyjnym.

Pu-ge-no… Mo-ja Pug-eno… – płacz prawie mnie dusi, gdy zatrzymuję się na chwilę w rozdzielni wąskich rur wentylacyjnych. Ma-mo! Ja… chcę… do ma-my…

Łzy zamazują drogę. Łykam je, a ręce ślizgają mi się po mokrym metalu. Tak bardzo chcę do mamy. Boję się. Boli mnie. Mam wrażenie, że zaraz głowa i serce pękną mi jednocześnie i zostanie tu po mnie paskudna breja, jaka zostaje z ludzi w strzelankach od taty. Mama się zawsze wściekała, kiedy w nie grał. Mama! Dobrze, że jej nie słuchałem i chowałem się z Pugeną tutaj. Inaczej nigdy bym nie znalazł drogi na mostek. Pugena! Kolejna fala płaczu powoduje kaszel. Metal wentylacji drży złowrogo. Tylko żeby obcy tutaj nie weszli. Już prawie jestem!

Wypadam z szybu wentylacyjnego tuż przed wejściem na mostek. Za rogiem korytarza słyszę smoki.

 Mamo! Pomocy! krzyczę, mocno wduszając przyciski otwarcia drzwi. Mamo! Obcy już są na statku! Mamo ratuj mnie! Chcą mnie zabić! Zabili Pugenę! Mamo!

Na mostku wszyscy mocno pochyleni nad konsoletami nie zwracają na mnie uwagi. Zupełnie jakby nic się nie działo. Mama też mnie ignoruje. Siedzi tyłem na stanowisku dowodzenia. Podbiegam do jej fotela. Mama zwiesza głowę, rozczarowana, że znowu jej nie posłuchałem.

 Mamo, przepraszam, na statku są obcy! Straszne, czarne smoki! Mamo, ratuj! –  Krzyczę, ale ona nie reaguje. Zawsze tak robi, jak jest na mnie zła. –  Mamo już będę grzeczny, proszę, ratuj! Mamo...

Za późno. Drzwi otwierają się z sykiem, smoki wpełzają na mostek. Już po mnie.

 

***

Tu grupa ratownicza numer dwa, znaleźliśmy jednego ocalałego. Powtarzam, jednego ocalałego. To około pięcio-, sześcioletni chłopiec. Zameldował sierżant Tomasz Tushishwili, gdy już zabezpieczyli mostek.

Ściągnął czarny hełm z zamontowanym zestawem noktowizyjnym i z żalem popatrzył na chłopca kulącego się na martwym ciele dowódcy statku. Szeregowa Aleksandrowicz także zdjęła hełm. Położyła na podłodze plątaninę kabli składającą się na urządzenie do usuwania skażenia chemicznego i klękając obok chłopca przemówiła tak miękko i ciepło, jak tylko potrafiła:

Już dobrze. Nic ci nie zrobimy. Jesteś bezpieczny. Sięgnęła do torby przypiętej do pasa pancerza. Proszę. Zgubiłeś swoją maskotkę.