Nie odsuwaj się ode mnie

Ocena: 
10
Average: 10 (1 vote)

Jak dziwnie musi być człowiekiem! Mieć duszę, jak płomień wewnętrzny, i rozum, usiłujący, z miernym najczęściej skutkiem, wzlecieć ponad chmury. Wreszcie ciało – odziany w mięso szkielet, delikatne kule oczu, splątane zwoje jelit, galaretowaty, błyszczący wilgocią mózg. Wszystko to nietrwałe, skłonne uszkodzić się pod byle pretekstem, pod byle mocniejszym naciskiem. Stworzone z naiwną pieczołowitością na rozpaczliwie krótki czas: osiemdziesięciu lat, jeśli pójdzie nieźle, czterdzieści – jeśli jako tako. Bywa nawet, że i rok się z tych dni przeżytych nie uzbiera. Dni spędzonych na walce.

Z góry przegranej walce ze Śmiercią.

Gnije potem człowiek, długimi, podziemnymi tygodniami, tracąc wstydliwie swą dumną postać, puchnąc tu, topniejąc tam, sącząc różowe i brunatne płyny – czasem w drewnianą skrzynię, najczęściej jednak wprost do ziemi. Ciało, utrzymywane dotąd pieczołowicie w czystości, z determinacją wartą lepszej sprawy pozbawiane swych niegodnych człowieka atrybutów: włosów, potów, zapachów, każdego zmienia się w błoto.

Boskie, ani trochę zwierzęce, skazane na rozpad ciało.

Rozpad, którego ludzie tak panicznie się lękają, a który mnie tak pociąga, obsesyjnie wręcz fascynuje. Niektóry myślą, że to ja jestem jego pierwotną przyczyną, że wałęsam się po świecie z kosą i w kapturze, pozbawiając nieszczęśników ich najprostszych, codziennych radości: otępienia alkoholem sprowadzającego pogodzenie się z ponurą kruchością istnienia; pobierania pokarmu, nawet jeśli czerstwego lub śmierdzącego bólem barbarzyńskiego uboju; przypływu nadziei na jeszcze jeden przeżyty dzień na widok rozświetlonego porannym brzaskiem nieba,

Radości oddychania, wypróżniania, kopulacji.

A przecież nie ma w tym ani trochę mojej winy. Nie jestem sprawcą ani jednej z tych śmierci. Ja tylko patrzę. Obserwuję z bliska każdą gasnącą źrenicę, nasłuchuję ostatniego, spazmatycznego oddechu. Przypatruję się stygnącym, purpurowym kałużom, rozlewającym się wokół ciał poddanych nieudanym próbom odporności na zgniatanie, rozciąganie czy punktowy nacisk. Jestem przy tych, obok których nie ma nikogo innego. I choć nie czynię tego z szlachetnych czy wzniosłych powodów, przynajmniej nie umierają w samotności.

Wierzcie mi, żaden z nich nie jest sam.

Czasem, przez tę krótką, ostatnią chwilę przywiązuję się do nieszczęśnika tak bardzo, że ciężko się potem z nim rozstać. Największą słabość mam chyba do małych dzieci. Te rączki, wyciągane odruchowo do matki! Nawet jeśli nie ma jej w pobliżu, nawet jeśli leży już ogryziona do białych kości przez najwierniejszych naszych druhów – czerwie, larwy i ślimaki. Nawet wtedy wołają ją na pomoc. I jeszcze strażaków lubię, tych poparzonych w walce z żywiołem. Fascynuje mnie rozpad ich tkanek. Rozpaczliwa walka nerek z truciznami wydzielanymi przez rozkładające się resztki poczerniałej od oparzeń skóry.

Rozpaczliwa, skazana na porażkę walka.

Dlatego jeśli w ostatnim rzędzie czuwających przy grobie żałobników spotkasz milczącego osobnika w garniturze przybrudzonym podejrzanie organicznej natury plamami, powstrzymaj niezrozumiały lęk i nie odsuwaj się odruchowo. Nawet ja potrzebuję czasem stanąć obok kogoś, kto nie stygnie właśnie i nie rozkłada się jeszcze. Nawet mnie potrzeba czasem żywego towarzystwa i nadziei, że to jeszcze nie koniec. Dopóki bowiem istnieją na tym świecie żywi, będą też umierający.

Gdy ich zabraknie, umrę z samotności.