Marcin Ciszewski w Subiektywnie

Są takie wydawnictwa, które mają w swojej ofercie książki topowych krajowych pisarzy. Banał i oczywistość*, nie? Ale czy zastanowiliście się kiedyś, jak to wpływa na samych twórców i wydawcę? Ten ostatni musi być lepszym dyplomatą niż minister spraw zagranicznych dowolnego środkowoeuropejskiego kraju, a jednocześnie spełnia też rolę twardego acz sprawiedliwego ojca, który wymaga, a zarazem nie dopuszcza do konfliktów między diabelnie ambitnymi synami. A sami twórcy? Pal licho, jeśli to jest jakaś olbrzymia oficyna wydawnicza, ale gdy firma nie jest przesadnie duża, a ma w swojej ofercie trzech, nie boję się użyć tego słowa, mistrzów? Konkurujących ze sobą, nakręcających się wzajemnie i walczących o palmę pierwszeństwa, o tytuł mistrza nad mistrzami. Wiecie, jaka tam musi być atmosfera? W porównaniu z tym rekonstrukcja rządu czy nawet wybory nowej przewodniczącej kółka gospodyń wiejskich w typowej podlaskiej wsi** to jak zebranie oazy. A przecież pisarze w Warbooku, bo, jeśli się jeszcze nie domyśliliście, o tym wydawnictwie mowa, mają jeszcze tę cechę, że, jak na nasze polskie warunki, są całkiem płodni. I ich, czyli Piotra Langenfelda, Michała Cholewy i Marcina Ciszewskiego, walka o palmę pierwszeństwa ma przez to tempo większe, niż Formuła 1. Czy w takich okolicznościach przyrody ukazanie się na rynku powieści Ciszewskiego, „Mgły”, zmienia sytuację?

 

Kiedy Nieświecie nie mogą zimą zasnąć, czytają i piszą. Hubert zrecenzował nam Mgłę.