Guardians of the Galaxy. Grzech pierworodny – Brian Michael Bendis, Ed McGuinness, Valerio Schiti

Galaktyczne tu i tam

Maciej Rybicki

Muszę przyznać, że nawet nie wiem kiedy zleciało kilka wcześniejszych tomów „Guardians of the Galaxy”, a tu do rąk dostajemy kolejny, już piąty (a licząc crossover z „All-New X-Men” – szósty) album w tej serii. I choć Strażnicy w wersji komiksowej z linii Marvel Now! nie zachwycają aż tak, jak ich kinowa inkarnacja, wciąż jest to zupełnie przyzwoita rozrywkowa seria.

„Grzech pierworodny” –  taki tytuł nosi ten komiks – zawiera dwa wyraźnie od siebie odrębne epizody, po trzy zeszyty każdy. Pierwszy to retrospekcja pokazująca perypetie Star-Lorda, Novy/Ricarda Ridera, Draxa i Thanosa w Rakowersum. Stanowi więc bezpośrednią kontynuację wydarzeń opisanych w „Imperatywie Thanosa” (wydanym w Polsce w Wielkiej Kolekcji Komiksów Marvela z numerem 91). Historia ta rzuca nieco światła na konsekwencje wspominanej wyżej opowieści, dotyczy bowiem  powrotu bohaterów do głównego uniwersum Marvela, czyli Ziemi-616. Autor buduje napięcie przede wszystkim przez przeplatanie retrospekcji ze współczesnym planem czasowym,  dawkując nam snutą przez Petera Quilla opowieść. Niewątpliwie jest tu też sporo akcji w postaci klasycznego trykociarskiego mordobicia. Bendis udowadnia jednak, że potrafi tworzyć historie z rozmachem, wychodząc poza poziom herosów „ulicznych” nie tylko w kosmos, ale wręcz do innych wymiarów. Równie ważny jak łatanie luk w marvelowskiej historii wydaje się być wątek wzajemnych relacji między Star-Lordem, Novą a Gamorą. Znalazło się więc miejsce na pogłębienie postaci, pokazanie ich z nieco innej, osobistej perspektywy, co w „Strażnikach…” tego scenarzysty nie jest bynajmniej oczywiste. Pierwsza część komiksu to więc epizod względnie udany, choć nie da się ukryć, że zdecydowanie nastawiony na efekt. Warto też dodać, że znakomitą pracę wykonał tu Ed McGuinness. Rysownik znany choćby z „Deadpoola” czy „Hulka” pokazuje, że rozwinął swój styl. Szczególnie dobrze wypada sposób, w jaki sportretował Thanosa i Novę. Największy (jedyny?) problem z epizodem w Rakowersum jest taki, że wydaje się on nieco oderwany od głównego wątku serii. Trudno zrozumieć, dlaczego nagle Gamora postanawia zadać Star-Lordowi kilka niełatwych pytań. Zresztą powiązanie tej części z tytułowym eventem także można uznać za mocno naciągane. Jasne, motywem przewodnim jest tu poznanie nieznanej prawdy, lecz w zasadzie brak w nim jakiegokolwiek powiązania ze śmiercią Watchera i następującymi po niej wydarzeniami. Ogólnie rzecz biorąc, to jednak fragment dość udany.

Druga część komiksu przynosi już kontynuację rozpoczętego wcześniej wątku, oplecionego wokół Agenta Venoma/Flasha Thompsona i jego symbionta. Tu Bendis poszedł jeszcze wyraźniej w stronę efekciarstwa, konfrontując Strażników z tajemniczym gwiezdnym stworzeniem i wysyłając grupę na jego rodzinną planetę. Fragment ten rozczarowuje nie tylko nieco zbyt daleko idącą dosłownością, ale też odarciem symbionta – jednego z najbardziej intrygujących komiksowych tworów – z aury tajemniczości. Nie poprawiają sytuacji watki poboczne – polityczna rozgrywka z Spartaksie, obecność Kapitan Marvel czy też zniknięcie Angeli. Także obowiązkowy cliffhanger w końcówce, choć z pewnością będzie mieć intrygujące konsekwencje, wydaje się nieco zbyt pospiesznie wprowadzony. Szkoda też, że nie dano więcej miejsca relacji między Quillem a Kitty Pryde, gdyż ten wątek, choć interesujący, dostał ledwie trzy plansze. Natomiast na plus (mały, ale jednak plus) wypada oprawa graficzna. Valerio Schiti to artysta bez wątpienia utalentowany. Ma dynamiczną kreskę, lekko flirtuje ze stylem kreskówkowym. Dobrze komponuje się ona z klimatem „Strażników”. Jest więc efektownie i kolorowo, bez większych niedociągnięć. Krótko mówiąc, nieco powyżej branżowej średniej.

Piąty tom serii (a uwzględniając „Proces Jean Grey” nawet szósty) można uznać za względnie udany. Bendis łączy wypełnianie luk w znanej czytelnikom historii Strażników z pchnięciem do przodu akcji. Ze względu na  uniwersum jest to więc album bez wątpienia istotny. A z punktu widzenia czytelnika? Jeśli oczekujemy lekkiej, choć niezbyt wyszukanej rozrywki, to prawdopodobnie  pozycja spełni te oczekiwania. Widać jednak, że gwiezdne przygody nie są tym, co Bendis robi najlepiej. Zamiast więc rozpalać ciekawość czytelnika gorącym płomieniem (na co tytuł taki jak „Guardians of the Galaxy” ma spory potencjał), zaledwie nie pozwala mu zmarznąć. Mam nadzieję, że poza efektownymi bójkami i lekkimi dialogami seria ta przyniesie nam wreszcie coś więcej.

Tytuł: Grzech pierworodny
Seria: Guardians of the Galaxy. Strażnicy Galaktyki
Tom: 5
Scenariusz: Brian Michael Bendis
Rysunki: Ed McGuinness, Valerio Schiti
Tłumaczenie: Paulina Braiter
Tytuł oryginału: Guardians of the Galaxy: Original Sin (Guardians of the Galaxy, #18-23)
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: listopad 2017
Liczba stron: 132
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2722-7