Kamień retoryczny

Ocena: 
0
Brak głosów

Język to źródło nieporozumień

Antoine de Saint-Exupéry – Mały Książę

 

 

Jaćko się dogadać ze swymi potrafił. Idąc do sklepu, mówił ajentce bez ogródek:

– …bry. Tego, nooo. – Zwykle mlaskał między słowami. – Eee… Tego, noo, trochę proszę… i możeee, ee… tego. Cosik tamtego, tak z deczko. Ino maciupeńkę. – Wodził mętnym wzrokiem, zahaczając o dobrodziejstwa monopolowego uposażenia. – Jeszcze, eee… tamtego i styknie, nie?

Sklepowa wiedziała, co i jak, choć z reguły nawet nie krystalizował, co i ile konkretnie ma na myśli. Przyzwyczajenia robią swoje.

U mechanika zwykle starczyło:

– Się masz, no, weź mi tu tego, nooo… – Wskazał podstawiony samochód. – Sprawdź, bo wczoraj mi ten, no… i od rana tak coś klepocze i… buczy, eee… w ogóle. Ale jakby co, to wiesz, c’nie?

Fachowiec skinął tylko głową.

Spotykając się z sąsiadami we wsi, tuż obok własnego obejścia, najczęściej w drodze ze sklepu albo z roboty, czy inszego łazikowania, prosto, acz nie zawsze klarownie perorował:

– I co tam słychać? – A to był niemalże szczyt jego codziennych możliwości. Przy okazji, rozszalałe niczym stado bydła tuż po znakowaniu gesty nie opuszczały go na krok. – A słuchaj, teges, u mnie, wczoraj ten, no… Kazik spod tego, wiesz, noo… eee, wziął sobie na pile tu, i tak, trach! No, mówię ci, noooo poważnie. Jak temu stamtąd, spod… Co ja ci, wiesz przecie, nie?

I tak bez końca, każdego dnia odkąd skończył lokalną podstawówkę i ani myślał kontynuować nieprzyszłościową w jego opinii edukację.

Jednak szwendając się razu pewnego w parku uniwersyteckim, w mieście dlań zdecydowanie zbyt tłocznym i niepojętnie przytłaczającym, gdy musiał sporządzić istotne dokumenty w urzędzie, niemal się nie przewrócił o mały, niewinny kamyczek. Wcześniej go tam nie było, wyrósł nagle, nie wiadomo skąd i kiedy. Kiedy w sumie wiadomo.

Już go miał Jaćko nauczyć odwiecznych praw silniejszego i… żyjącego, ale ten zamigotał ślicznie, jak bursztyn jaki, całkiem podobnie do tych, co czasem w kramach idzie wyczaić.

Lekko zmieszany podniósł go i w kieszeń schował, zwracając się z powrotem na przystanek. Podczas wędrówki w głowie zaczęło mu się rozjaśniać, a świat stawał się jakiś taki… bardziej zrozumiały. Oczywisty.

Kiedy już bezpiecznie, bez jakichkolwiek turbulencji podczas podróży autokarem trafił do rodzimej wsi, postanowił wstąpić do sklepu. Co nie było żadną nowością.

– Moje uszanowanie – powiedział grzecznie do kasjerki, mrugającej do niego niepewnie. – Czy mógłbym prosić dwadzieścia deko podwawelskiej, tej czule podwędzanej? Najlepiej w towarzystwie tyleż camemberta i emmentala… Jakby to pani powiedzieć… Tego z subtelnym porostem pleśni, bez oczek. Oraz tamtego, tym razem z oczkami wielkimi jak owoce trześni. Częściej zwanej czereśnią, a właściwie wiśnią ptasią. Jak można, to ser od razu w plasterki by pani pokroiła. Do tego uprzejmie proszę o wino różane, mogłaby pani jakieś polecić? Skuszę się na każdą, intrygującą i rozsądną, propozycję.

Zmieszana ajentka stała w osłupieniu, rozglądając się wokół za ukrytymi kamerami. Jaćko machnął subtelnie ręką, ukłonił się i wyszedł, pozostawiając po sobie:

– W takim razie, może innym razem.

W warsztacie z kolei zagaił do mechanika:

– Cześć, Stasiu. Czy już wszystko gotowe w samochodzie? Dobrze sprawdzone? Nie było większych usterek? Nic do wymiany? W każdym razie jestem w stanie zapłacić. Przedwczoraj otrzymałem przelew z wypłatą i dziś skoro świt byłem w banku wypłacić. Bardzo potrzebuję pojazdu jutro. Mam niecierpiący zwłoki wyjazd służbowy.

Podobna reakcja jak w sklepie uderzyła w Jaćka i w warsztacie. Z tym że kasjerka nie otworzyła tak szeroko ust, nie wypadł jej papieros, nie sklęła go pod nosem i, zasadniczo, zwróciłaby uwagę na żar, przypalający sweter. A tego mechanik nie uczynił, natomiast rzekł:

– Ty, Jaćko, co ty kurde?! Porąbało cię, chłopie, czy co? Co ty mi z jakimś… no, tego, gadką profesura-szczura wyjeżdżasz? Weź się, chłopie, palnij, albo lepiej się napij. I przyjdź wieczorem, jak ci, tego, no, czwartej klepki nie zabraknie.

– Rozumiem – odparł Jaćko, wycofując się spokojnie. – Zajrzę w takim razie później, kwadrans po osiemnastej. Mam nadzieję, że to żaden kłopot?

Klucz dwudziestka już leciał w stronę drzwi.

Powracając do domu, po raz kolejny natrafił na sąsiada.

– Heniu! – zawołał wesoło. – Znakomicie, że przybyłeś. Wybacz, że uprzednio zbyłem cię tak pośpiesznie, ale musiałem niezwłocznie udać się na przystanek. Gdybym się spóźnił… Szkoda strzępić języka. – Tym razem jego gesty były dokładne, rzeczowe. – Pamiętasz, jak wspomniałem ci, co zaszło wczoraj u mnie w mieszkaniu z Mariuszem? Gdy rozciął sobie serdeczny palec piłą szablastą. Musieliśmy działać… Czy wszystko z tobą w porządku?

Sąsiad pokręcił głową, mrugając z niedowierzaniem na Jaćka. Odwrócił się i żwawo usunął, zerkając przez ramię z obawą. Przeżegnał się.

– Wariat – rzucił z bezpiecznej odległości. – Dosłownie, wariat. Raz w mieście i… matuluu.

Jaćko nie potrafił zrozumieć znajomych, wszak nic złego nie zrobił. Przez kilka dni nie potrafił dociec, dlaczego sąsiedztwo tak raptownie się od niego odwróciło, a gdy zaczął pogłębiać swą wiedzę i dowiedział się odrobinę o sztuce przekonywania, jakby lampka zapaliła mu się nad głową. Spojrzał na leżący dumnie na meblach kamień.

A więc to tak? I ty, kamieniu, przeciwko mnie?

Chwycił kamień, wtłoczony teraz w wisior, i cisnął przez okno.

– Już ja ci, ten, noo… tego teges, kurde, nie chcę… eee… tych waszych, kraso… gadulczych… ani innnnych reto… preto… retokrytycznych… o nie! Takiego!

Bywa niestety tak, że sedno okryte pięknymi słowami dla jednych stanowi ucztę dźwięków, natomiast dla drugich nieuczciwość i pobudzenie ostrożności. A jeszcze dla trzecich… zwykłe skurwysyństwo.