Legenda wikingów. Opowieści o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach – Artur Szrejter

Zostań wikingiem, mówili…

Hubert Przybylski

Plaża o tej porze roku wydawała się rajem. Niebo bez ani jednej chmurki, błękitne jak oczy leżących obok siebie córki kołodzieja i syna bednarza. Czysty, nagrzany słońcem piach (mający czelność wpychać się tam, gdzie zdecydowanie wpychać się nie powinien) rozciągał się na prawo i lewo jak okiem sięgnąć. Bezpieczni, zasłonięci wydmami przed wzrokiem rodziców i innych mieszkańców ich, nie tak małej przecież, leżącej o ponad milę w głąb lądu wioski, oddawali się marzeniom o wspólnej przyszłości. Rytm łagodnie bijących o brzeg fal coraz bardziej różnił się od rytmu zakochanych serc. Ale to, czy to morze zwalniało, czy też ich serca przyspieszały, nie zaprzątało otulonych różową mgiełką nastoletnich umysłów. Pochylały się w tej chwili nad ważniejszą kwestią. Jakiś czas temu w woń wiejącej od strony morza łagodnej, pachnącej jodem bryzy wdarł się pewien dysonans…

¬– Najdroższy… kiedy ostatnio myłeś nogi?
– Na św. Cynibala, mój skarbie.

Raptem trzy miesiące, to nie to… Różowa mgiełka zaczęła nabierać zgniłozielonego odcienia. Dwie nieco już załzawione pary oczu oderwały się od wzajemnego wpatrywania w studnie dusz w poszukiwaniu źródła tej ździebko już zbyt swojskiej woni. Wkrótce ich uwagę przykuł maleńki, acz stale rosnący punkcik na morskim widnokręgu.
 
– Najdroższy, spójrz, co to jest, to tam, na morzu? Czyżby to foka*?
– To zbyt duże na fokę, może to zdechły kaszalot***?
– Nie, to langskip moich synów – rozległ się głos za ich plecami.

Przybysz był wielki, muskularny, cały pokryty kłakami owczego runa i krwią. Zdecydowanie nie swoją krwią. W mocarnej dłoni trzymał nie mniej zakrwawiony miecz.

– Znowu się spóźnili. I pewnie znowu będą się tłumaczyli, że Iwarowi Bez Kości nie szło stawianie masztu… Ale pozwólcie, że się przedstawię. Jestem Ragnar Lodbrok – rzekł. I dopełniwszy grzeczności, wziął się za to, co lubił najbardziej. Czyli za zabijanie i gwałcenie. W dowolnej kolejności i z, tak typowym do dnia dzisiejszego dla Skandynawów, całkowitym brakiem jakiejkolwiek dyskryminacji czy nietolerancji. Grabienie i podbijanie nowej krainy zostawił sobie na deser.

Pozwoliłem sobie na taki ździebko fabularyzowany wstęp, gdyż „Legenda wikingów” autorstwa Artura Szrejtera, którą Wam dziś**** omówię, również jest zbeletryzowaną opowieścią o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach. A właściwie to dwiema opowieściami.

Obie powstały w typowy dla Szrejtera sposób. Wziął on bowiem na warsztat oryginalne teksty, przetłumaczył je na nowo, a następnie zbeletryzował w przystępny dla współczesnego odbiorcy sposób. Chcecie więcej szczegółów? A płoszę bałdzo. „Saga z Noregu” powstała na podstawie trzynastowiecznej islandzkiej „Sagi o Ragnarze Lodbroku”. Tekst oryginalny został napisany na zamówienie norweskich królów, miał im pomóc w propagandowym umocowaniu swoich korzeni w legendarnym wikińskim rodzie. Z kolei „Opowieść z Danmörku” jest przetłumaczonym i zbeletryzowanym zapisem z IX księgi „Czynów Duńczyków” kronikarza Saxona Grammaticusa, który na przełomie XII i XIII wieku żył w, nomen omen, Danii. A jak to kronika, również powstała na zamówienie ówcześnie panujących, czyli stanowiła formę zaspakajania propagandowych celów . Z tych też powodów może w nich być sporo przeinaczeń i dopasowań faktów oraz informacji do ich najjaśniej wyskościowatych***** potrzeb, co automatycznie każe wątpić w rzetelność i prawdomówność opowiadającego******. Skąd w takim razie informacja na okładce książki, że zawiera ona „prawdziwą historię Ragnara Lodbroka”? W dodatku nie „historie”, tylko „historię”. Czyli która jest tą prawdziwą? Pewnie każdy sam musi sobie to ustalić.

Wspomniałem, że obie wersje są na nowo przetłumaczone przez autora i to dobra wiadomość. Swoimi dotychczasowymi opracowaniami udowodnił, że wcześniejsze tłumaczenia innych skandynawskich tekstów, choć dokonywane przez bezsprzecznie najwyższej klasy specjalistów i naukowców, mogły jednak miejscami być błędne. W przypadku przekładów dokonywanych przez Szrejtera nie mamy wątpliwości, że są maksymalnie wierne i rzetelne.

O tym, że Szrejter zbeletryzował obie wersje opowieści, też już Wam napisałem. Dodam więc tylko, że obie przedstawione są w formie gawędy. Co ma swoje dodatnie plusy i ujemne minusy. Na korzyść takiej formy przemawia fakt, że jest bardzo przyjemna w odbiorze. Czytając książkę, cały czas miałem wrażenie, że jest mroźny, zimowy wieczór, a ja, opatulony w kota, siedzę przy trzaskającym ogniu i słucham opowieści jakiegoś starego bajarza. Normalna zdrowa bajka. Właśnie. I to może przez niektórych być odebrane negatywnie, zwłaszcza jeśli, znając autora, spodziewali się jakiegoś ździebko bardziej naukowego i poważnego podejścia do tematu. Na szczęście Szrejter wyjaśnia, iż całkiem prawdopodobnym jest, że naukowa analiza legend i sag o Ragnarze Lodbroku będzie stanowiła materiał kolejnej książki. Nie wiem, jak Wam to pasuje, ale dla mnie dodatni plus prawie całkowicie zakrył ujemny minus. Jeszcze jakby tak w tym następnym opracowaniu znalazło się to, czego zabrakło tutaj, czyli oba historyczne teksty, w wersji oryginalnej i przetłumaczonej, to już w ogóle byłoby super.

Cóż, „Legenda wikingów” nie jest zbyt długą książką, więc i moja dzisiejsza recenzja taka nie będzie. I z tego powodu bez dalszego odwlekania powiem Wam, moi drodzy Szortalowicze, czemóż sięgnąłem po tę pozycję. Otóż z własnego doświadczenia wiem, że niezależnie od tego, czy Szrejter pisze taką „niby beletrystykę”, czy też poważne naukowe opracowanie, to warto je przeczytać, bo zawsze jest i mądrze, i przyjemnie. I choć wikingowie ciekawią mnie raczej średnio, podobnie jak poprzednio modne wampiry i, niestety, wciąż modne zombiaki*******, to jeśli następna jego książka byłaby o powiązaniach wikingów z zombiakami i wampirami w aspekcie asenizacyjnym, to też bym ją z niewątpliwą przyjemnością przeczytał*********.

Moja ocena? 7/10. „Legenda wikingów” to ciekawe i przyjemne w lekturze spojrzenie na postać Ragnara Lodbroka. A raczej dwa spojrzenia. A że w jednej krótkiej książce dostajemy dwa w jednym, więc tym bardziej warta jest przeczytania. Zwłaszcza że jest szansa, że stanowi ona wstęp do poważniejszej analizy.

O tym, że to absolutny must have dla wszystkich miłośników wikingów, zwłaszcza serialu „Wikingowie”, wspominać raczej nie muszę, prawda**********?


Tytuł: Legenda wikingów. Opowieści o Ragnarze Lodbroku, jego żonach i synach.
Autor: Artur Szrejter
Wydawca: Instytut Wydawniczy ERICA
Data wydania: 22.05.2017
Ilość stron: 160 (w tym sporo reklam)
ISBN: 9788365310828


* Szarytka morska, czyli foka szara, czyli halichoerus grypus. Tłuściutkie, mniej więcej dwumetrowe serdelki żywiące się głównie rybami (więc paskudnie śmierdzą – jak wszystko, co żywi się rybami), uwielbiające się grillować na słońcu plaż strefy atlantyckiej. Jako że są stworzeniami wodnymi, ich mięso można jeść w piątek**.

** Edukacja przede wszystkim.  

*** Kaszalot spermacetowy, czyli potwal olbrotowiec, czyli physeter macrocephalus. Wielkie bydlę, normalna zdrowa waga superciężka – samce potrafią mieć ponad dwadzieścia metrów długości i ważyć siedemdziesiąt pięć ton. Świetnie nurkują (nawet na półtora kilometra w głąb). Z nudów polują na żaglowce, a jako nici dentystycznych używają transatlantyckich kabli. Więc, moi drodzy Szortalowicze pełci mięskiej, zanim nazwiecie jakąś swoją koleżankę „kaszalotem”, to pamiętajcie, że kaszalot jest największym na świecie drapieżnikiem. A jeśli już to zrobiliście, to na basenie trzymajcie się strefy brodzików (kaszaloty nie lubią płytkich akwenów), gdyż albowiem są one jednymi z najinteligentniejszych waleni i potrafią być pieruńsko pamiętliwe, a rany po ugryzieniach na basenie zawsze się paprzą. Aha, oczywiście ich mięso też można jeść w piątki. Jeśli tylko się odważycie jakiegoś upolować. Wikingowie, nawet norwescy, bardzo rzadko byli aż tak odważni/zdesperowani.  

**** Ze straszliwym opóźnieniem.

***** A właśnie. Żebyście nie narzekali, że znowu zapomniałem o słowotwórstwie.

****** Kto nie wierzy, jak w tamtych czasach wysoko stała sztuka propagandy, niech poczyta sobie naszą swojską „Kronikę i czyny książąt czyli władców polskich” niejakiego Galla Anonima. Bardzo pouczająca lektura.

******* Nie raz Wam już wspominałem, jak bardzo zależy mi na podążaniu za jakąkolwiek kulturową modą – wikingami, wampirami, zombiakami czy Muminkami********.

******** Coś czuję, że za to ostatnie niejedna moja kukła zostanie publicznie spalona... Jakby co – wąsy możecie zrobić z wiechcia słomy.

********* Kuszę los, oj jak ja go bardzo kuszę…

********** Parafrazując skecz kabaretu Potem – wolę „Ostatnie królestwo”.