David Lynch – Celuloidowa hipnoza

CZĘŚĆ V – Wielkie dzięki, panie Lynch!

Marcin Knyszyński

Pierwsze pogłoski o prawdopodobnej realizacji trzeciego sezonu „Twin Peaks” zaczęły pojawiać się już w 2013 roku, ale zostały szybko zdementowane przez córkę Davida Lyncha. Zarówno sam reżyser, jak i Mark Frost bardzo enigmatycznie odpowiadali na pytania, coraz częściej padające ze strony fanów oraz prasy. W końcu, gdy w październiku 2014 roku gruchnęła wieść o planowanym dziewięcioodcinkowym serialu, który miał w zamierzeniu kontynuować historię z oryginalnej serii, w środowisku fanów zawrzało. Wszyscy pragnęli dowiedzieć się, co dokładnie wyszło z Czarnej Chaty w postaci agenta Coopera i co znaczyły te wszystkie niezrozumiałe sceny z „Twin Peaks: Fire Walk With Me”. Choć oczywiście mało kto wierzył, że Lynch da jasne odpowiedzi – to nie ten rodzaj filmowego artysty.

Zdjęcia zakończono w kwietniu 2016, jednak zaplanowaną wcześniej premierę przełożono o rok, na połowę 2017. Szefowie stacji Showtime dali Lynchowi i Frostowi całkowitą swobodę, nie wiedząc do końca, ile epizodów ostatecznie powstanie, kiedy będą gotowe ani ile czasu zajmie postprodukcja. David Lynch zapowiedział, że nakręci po prostu osiemnastogodzinny film, który potem podzieli na odcinki, tak, aby powstała spójna, choć niekoniecznie jasna opowieść. Twórca „Twin Peaks” jest mistrzem improwizacji, co podkreślały ekipy filmowe pracujące zarówno przy „Mulholland Drive”, jak i „Inland Empire”, co dodatkowo mogło niepokoić stację. Jednocześnie nazwisko Lynch to marka i legenda – gdyby w podobny sposób miał przygotowywać ten serial jakiś mało znany reżyser, Showtime nigdy nie dałaby mu zielonego światła.

Gdy 3 września 2017 zostały wyemitowane ostatnie dwa odcinki trzeciego sezonu, medialny i internetowy szum wokół serialu osiągnął swoje apogeum, które trwa nadal. Jak widać gusta i oczekiwania odbiorców są nieprzewidywalne – przecież gdy w 1992 roku krytycy i widzowie jednogłośnie skrytykowali „Twin Peaks: Fire Walk With Me”, a David Lynch zaliczył największą wpadkę w karierze, mało kto przypuszczał, że powstanie kiedyś kontynuacja, która o wiele bardziej wiąże się fabularnie z tym właśnie filmem, a nie z samym serialem. A tak się stało.

Znajomość prequela „Twin Peaks” przed rozpoczęciem seansu nowego sezonu jest kluczowa. W „Twin Peaks: Fire Walk With Me” Lynch zbudował podstawy całego uniwersum, poszerzył perspektywę i zaczął kreślić tak zwany „większy obrazek”.Zawsze powtarzał, że kocha świat Twin Peaks, że chętnie by tam wrócił. Jednak klimatu małego, odrealnionego miasteczka, położonego między jedlicami już nie ma. Jest za to kolejny „lynchian film”, kontynuacja estetyki i twórczej pasji prosto z „Inland Empire”. Reżyser stworzył serialową rzeczywistość, w której miasteczko stanowi tylko jeden z elementów większej całości. Próbę takiej fabularnej konstrukcji podjął już w 1992 roku i poległ, choć miał w planach jeszcze dwa pełnometrażowe filmy, które miały ostatecznie zamknąć historię zabójstwa Laury Palmer.



Teraz się udało. Choć nie jest to już dobrze znany serial sprzed dwudziestu kilku lat.. Największym wabikiem miał być swego rodzaju zjazd starej załogi po latach. Nie udało się to w pełni, trudno zresztą było tego wymagać po tak długim czasie. Michael Ontkean (szeryf Harry Truman) odszedł na aktorską emeryturę, Frank Silva (przerażający BOB) zmarł na atak serca, Dawid Bowie (tajemniczy agent Jeffries) przegrał walkę z rakiem. Ich miejsce zajmują odpowiednio brat, czarna kula i mechanizm podobny do czajnika buchającego parą (tak!). Brakuje też kilku innych ważnych osób z wcześniejszych  sezonów, a te, które są, stanowią tylko tło dla zupełnie nowych, pierwszoplanowych postaci. Sceny ze znanymi bohaterami – takimi jak Shelly, Big Ed, Norma, Nadine, Mike, Dr Jacoby, James, bracia Horn – to tylko widokówki, reżyserskie mrugnięcia okiem do odbiorcy. Nieco więcej mają do zagrania Lucy i Andy (którzy stali się karykaturami już i tak przerysowanych postaci sprzed dwudziestu pięciu lat), Bobby Briggs, Audrey Horn oraz Laura i Sarah Palmer.

Starzy i dobrze znani bohaterowie  zostają odsunięci tak samo jak odsunięte jest samo miasteczko. Gdzie indziej są położone akcenty, inni wysuwają się na pierwszy plan. Jedną m z najważniejszych osób jest przełożony Coopera, czyli Gordon Cole, grany przez samego Davida Lyncha, który spisuje się jako aktor całkiem nieźle, a jego tekst: „Albert, ciężko mi to wyznać, ale nie rozumiem tej sytuacji w ogóle” to kolejny reżyserski rechot i klepnięcie w plecy zapatrzonego w ekran widza. Twórca zaprosił też do nowej produkcji aktorów znanych z innych swoich filmów. Naomi Watts w roli żony Dougiego (alter ego agenta Coopera) czy Laura Dern w roli Diane, która wyszła w końcu z dyktafonu, to role duże, ważne i rewelacyjnie zagrane. Pojawiają się też inni, jak Balthazar Getty z „Zagubionej autostrady” czy Patrick Fischler z „Mulholland Drive”. Mamy też grono doświadczonych, bardzo znanych i popularnych aktorów – Tima Rotha i Jennifer Jason Leigh jako parę zabójców; Toma Sizemore’a jako kolegę Dougiego; Matthew Lillarda jako domniemanego zabójcę; Roberta Forstera jako brata szeryfa Trumana, który dostał szansę zagrania szeryfa Twin Peaks po tym, jak przegrał przed laty casting z Ontkeanem; Ashley Judd jako asystentkę Bena Horne’a, czy w końcu niesamowitych Jamesa Belushiego i Roberta Kneppera (który, z racji lekkiego fizycznego podobieństwa, był kreowany przez fanów na następcę Franka Silvy) wcielających się w groteskowych właścicieli kasyna. Świetnie grają też młodzi aktorzy, następne pokolenie Twin Peaks, czyli Amanda Seyfried, Eamon Farren i Caleb Landry Jones – wszyscy na granicy przerysowania i autoparodii, zgodnie z zamierzeniem reżysera.



Celowo nie piszę nic o roli Kyle’a MacLachlana, który w trzecim sezonie rozbił bank. Jego aktorstwo jest tutaj fenomenalne, wciela się w dwie (a może trzy lub cztery?) odmienne role, za każdym razem zmieniając całkowicie sposób gry i ekspresji. Co chwila staje się całkowicie innym człowiekiem i metamorfozę tę pociąga bardzo daleko, balansując niekiedy na granicy przesady. Gra tak, że czasem trudno uwierzyć, że to ten sam aktor. Zresztą przerysowanie i malowanie postaci grubą kreską to cecha charakterystyczna nowego sezonu. Podobnie przejaskrawione są niektóre sceny, odrealnione scenografie, oniryczne i niezrozumiałe z pozoru lynchowskie strumienie świadomości (jak ten ze słynnego już odcinka numer osiem). I tu dochodzimy do sedna. O czym opowiada trzeci sezon „Twin Peaks”?

Po dwudziestu pięciu latach od ostatniego odcinka, w którym przerażający BOB znalazł sposób, aby wydostać się z Czarnej Chaty i zamieszkać w ciele agenta Coopera, siedzimy dalej w charakterystycznym czerwono-białym, fantasmagorycznym pokoju. „Dobry Cooper nadal jest w Chacie i nie może wyjść” – te słowa, które słyszała Laura Palmer w swojej wizji z „Twin Peaks: Fire Walk With Me”, stają się chyba najlepszym streszczeniem tego, co się dzieje na ekranie (a według niektórych interpretacji, w tym i mojej, są najważniejszym kluczem do zrozumienia fabuły). Dusza Coopera odnajduje sposób, aby opuścić Czarną Chatę i w  serii odrealnionych scen znajduje drogę poprzez przewody elektryczne wprost do ciała Dougiego Jonesa, agenta ubezpieczeniowego, który, dziwnym trafem, jest jego sobowtórem. Tymczasem Cooper, opanowany przez BOB-a, prowadzi swe poszukiwania bliżej nieokreślnej rzeczy lub miejsca, znacząc swą drogę krwią i przemocą. W Buckhorn, w Południowej Dakocie, dochodzi do makabrycznego odkrycia. W motelowym pokoju znalezione zostaje bezgłowe ciało ważnej postaci z oryginalnego serialu oraz głowa niejakiej Ruth Davenport, sekretarki dyrektora miejscowej szkoły. Sprawą interesuje się policja, FBI z Gordonem Cole’em na czele oraz wojsko. Powraca też przeszłość –   śledztwo prowadzone przez agenta Desmonda w ramach tajnego projektu „Blue Rose” oraz nazwisko agenta Jeffriesa, który zaginął w tajemniczych okolicznościach. W Twin Peaks zastępca Hawk otrzymuje szereg niejasnych instrukcji od Pieńkowej Damy i, wraz z załogą posterunku, wyciąga na światło dzienne zapomnianą, lecz tkwiącą jak cierń w tkance społeczności miasteczka, sprawę morderstwa Laury Palmer.



Jeśli komuś nie podoba się „Głowa do wycierania”, ostatni odcinek drugiej serii „Twin Peaks”, i wszystkie późniejsze filmy Davida Lyncha z wyjątkiem „Prostej historii”, nie powinien oglądać najnowszej odsłony serialu. To trzeba zaznaczyć od razu. Jeśli natomiast „Inland Empire” uznajemy za kwintesencję twórczości reżysera i spędziliśmy dużo czasu na uporczywym składaniu tego, co widzieliśmy, w logiczną całość, najnowszy sezon nas zachwyci. W nieformalnym hollywoodzkim tryptyku Lyncha, na który składa się „Zagubiona autostrada”, „Mulholland Drive” oraz „Inland Empire”, kluczowym pojęciem i podstawowym sposobem wyjaśnienia fabuły była fuga dysocjacyjna, sen i rozpaczliwa walka nieobecnej na ekranie kobiety o wyzwolenie z więzienia własnego umysłu. To także sny, projekcje rzeczywistości, fantazmaty, wyważanie drzwi do własnej podświadomości i rozpaczliwa walka ze złem, stopniowo opanowującym wszystkie obszary egzystencji, zarówno te prawdziwe, jak i urojone. W „Inland Empire” pękają ostatnie tamy, przekraczane są ostatnie Rubikony, płoną ostatnie oazy – mrok jest wszędzie. W moim odczuciu trzeci sezon serialu to bezpośrednia kontynuacja tej właśnie twórczej drogi, którą Lynch obrał już w czasach „Blue Velvet”.

W „Twin Peaks: Fire Walk With Me” agent Jeffries mówi: „To był sen. Żyjemy we śnie”. W jednym z odcinków najnowszej odsłony Gordon Cole opowiada swój sen, w którym spotkał Monikę Belucci (graną przez – uwaga – Monikę Belucci), która mówi mu: „Jesteśmy jak śniący, który śni, a potem żyje wewnątrz tego snu. Ale kim jest śniący?” W całym sezonie trzecim jak mantra powtarzane jest hasło: „Żyjemy wewnątrz snu”, które po prostu nie może być zignorowane podczas tworzenia jakiejkolwiek interpretacji najnowszego dzieła Davida Lyncha. Logika i estetyka snu jest nie do pominięcia podczas podróży przez osiemnaście odcinków – historia Dougiego Jonesa i jego interakcji z otoczeniem; odjechany ósmy odcinek, przekraczający kolejne granice nietknięte jeszcze przez telewizję; taniec Audrey z szokującym finałem; kobieta uderzająca w klakson i jej koszmarna pasażerka; obrazki z aresztu w Twin Peaks; przerażająca rola Sary Palmer; dziwne i przeciągnięte do granic wytrzymałości sceny, jak polowanie na muchę czy zamiatanie podłogi; fantasmagoryczna knajpa Roadhouse, jej na poły realni bywalcy i oniryczne występy zaproszonych gości wieńczące każdy odcinek, z najlepszym, idealnie wpasowującym się w klimat serialu, koncertem Nine Inch Nails.



W „Twin Peaks: Fire Walk With Me” agent Jeffiries mówi jeszcze coś innego: „Nie będę mówił nic o Judy; właściwie to nikt z nas nie będzie mówił o Judy w ogóle!”. Trzeba jednak o niej  powiedzieć, bo kimkolwiek lub czymkolwiek jest, pojawia się regularnie w fabule jako kolejny drogowskaz dla odbiorcy. „Judy” jest pojęciem, słowem, bytem, który jeździ lodowatymi pazurami po kręgosłupie widza i nieodmiennie przyspiesza bicie serca, gdy tylko o niej mowa. To, kim lub czym jest „śniący” i czy w ogóle taka „senna” droga interpretacyjna ma sens, to, kim lub czym jest Judy i czy w ogóle istnieje oraz to, w jaki sposób w ogóle rozumieć ostatni sezon „Twin Peaks” zostawiam do rozstrzygnięcia każdemu z osobna. Należy jednak pamiętać, że w przypadku tej produkcji równie ważne i trudne jak poszukiwanie odpowiedzi jest stawianie właściwych pytań.

A nie jest to łatwa droga. Otóż, trzeci sezon serialu został zrealizowany tak, że zupełnie niemożliwe staje się odróżnienie istotnych podpowiedzi twórców od zastawionych przez nich pułapek fabularnych i zmyłek. To zamierzony efekt i wpisuje się w pierwotny plan reżysera, ustawiającego widza na pozycji agenta Cheta Desmonda, który, w słynnej już scenie z prequela serialu, odczytuje instrukcje szefa FBI z ruchów i gestów dziwnej rudej kobiety. David Lynch serwuje nam nadmiar scen, nadobfitość bodźców, zrównując pozornie wszystko to, co ważne, z tym, co nieistotne. I to jest podstawowy „problem” serialu. Otóż, tylko taki odczyt, który polega na głębokim wejściu w świat symboli Lyncha i jego dekodowaniu u samych podstaw, prowadzi do zrozumienia fabuły. Ten film-serial został napisany właśnie w taki sposób, czego autor nawet nie próbuje ukrywać, wrzucając widza już od pierwszych minut pierwszego odcinka w świat niedomówień, kodów, przepowiedni i wizji. Cała radość, przyjemność, emocje i uznanie dla twórców ma z założenia wypływać właśnie ze stopniowego odkrywania wielce skomplikowanej fabularnej konstrukcji. Fantazmaty, których doświadczyła główna bohaterka „Inland Empire”, są o wiele bardziej podatne na interpretację niż to, czego doświadczamy podczas seansu serialu.

Lynch znowu prosi nas o kredyt zaufania. Największy jak do tej pory. To, czy uznamy go za spłacony, zależy już tylko od nas, od tego, czy chcemy i potrafimy podjąć nierówną grę z reżyserem. Po finałowej, wstrząsającej do głębi scenie, jesteśmy nadal pogrążeni w świecie bez rozwiązań, bez odpowiedzi, w ciągłej nieokreśloności. To położenie wielce niewygodne i jednocześnie wielce mobilizujące. David Lynch znowu robi nam to samo, znowu teoretycznie dostajemy prztyczka w nos i ponownie otrzymujemy cliffhanger bez nadziei na kontynuację. Według mnie jednak takie zakończenie serialu jest po prostu idealne. Gdyby reżyser choć trochę poluzował i poszedł w kierunku oczekiwań widzów pożądających jasnych i szczęśliwych finałów, legenda umarłaby bardzo brzydką, gwałtowną śmiercią.

Dla mnie ostatnie dzieło to walka agenta Coopera o choćby mały kawałek dobra w świecie zła ostatecznego. Zło, które, począwszy od „Blue Velvet”, coraz bardziej opanowywało światy przedstawione Lyncha i dokonało całkowitego podboju wszelkich płaszczyzn narracyjnych w „Inland Empire”, trafia na bardzo zdeterminowanego oponenta. Zakończenie serialu jest ostatecznym podsumowaniem filozofii twórczej Dawida Lyncha. Choćbyśmy wytaczali największe działa i starali się ze wszystkich sił, nie usuniemy zła z naszej rzeczywistości. Możemy próbować walczyć, ratować się eskapizmem, śnić życia, w których wszystko jest piękne i kolorowe, zapominać o traumach i udawać, że trafiliśmy w końcu do jakiejś wymyślonej przez siebie oazy. To wszystko na próżno. Zło pokona każdą barierę, powali nas na ziemię a naszym zadaniem jest wstać i stawić opór. „Wciąż i wciąż na nowo”, próba za próbą, mimo iż wiemy, że się nie uda.



Czym ostatecznie jest ten osiemnastogodzinny film? To zwieńczenie kariery jednego z najoryginalniejszych reżyserów w historii kina, podsumowanie długiej i wyboistej drogi od marzyciela zaczynającego teoretycznie skazaną na porażkę „Głową do wycierania” do reżysera, któremu jedna z największych stacji telewizyjnych w Stanach Zjednoczonych daje całkowicie wolną rękę podczas produkcji serialu, o którym wiadomo z góry, że odrzuci sporą część widowni od telewizorów. To wspomnienie podróży Lyncha na Parnas i historia jego pobytu na szczycie aż do dziś. Czego tu nie ma – Laura Dern i Kyle MacLachlan w samochodzie, przekraczający wspólnie granice między światami jak w „Blue Velvet”; hipnotyczna jazda mroczną szosą jak w „Zagubionej autostradzie”; wizja głowy majora Garlanda Briggsa na tle kosmosu jak w „Głowie do wycierania”; przerażający, półrealni przybysze z Czarnej Chaty, przywodzący na myśl największy „jump scare” w historii twórczości Lyncha, czyli scenę za restauracją w „Mulholland Drive”; wspomniany, słynny już taniec Audrey Horn z pierwszych sezonów serialu.

Nasza przygoda ze światem „Twin Peaks” została definitywnie zakończona. Żegnamy to uniwersum skonfundowani, roztrzęsieni, zaskoczeni, może nie usatysfakcjonowani, ale na pewno bogatsi. Niezbadane są wyroki telewizji. Może za kilka lat usłyszymy, że powstaje czwarty sezon, choć w świetle tego, co właśnie zobaczyłem, wydaje się to skrajnie nieprawdopodobne.

Cóż więcej dodać – wielkie dzięki, panie Lynch!