Falka o ogień

Ocena: 
0
Brak głosów

Miecio był smutny.

Czuł się strasznie samotny. Nie miał, jak to się mówi, do kogo gęby otworzyć. To znaczy, z powodu nadmiaru uzębienia, gębę miał otwartą cały czas, jednakże było to otwarcie zupełnie bezproduktywne. Przynajmniej z konwersacyjnego punktu widzenia.

O, z jakąż rozkoszą zamieniłby z kimś choć kilka słów!

Westchnął. Ciężko i świszcząco. Oraz cokolwiek gwizdliwie. Wspomniany już nadmiar uzębienia zawsze powodował dodatkowe efekty dźwiękowe podczas wzdychania. Podczas zwykłego oddychania również, chociaż wtedy, przyznać trzeba, nie były one zbyt imponujące. Te efekty.

Miecio zadarł głowę i spojrzał na dno jaskini. Popatrzył na krzątających się ludzi…

- Luzie? Tef mi coś! – prychnął pogardliwie. – Kudy wam jefce do luzi, pokfaki.

Widok nie do końca może jeszcze ludzkich postaci wywołał jednak u Miecia delikatne skurcze żołądka.

- Czaf chyfa na małą pfekąskę – pomyślał.

Jak być może zauważyliście, dwukrotnie już wspomniana przypadłość stomatologiczna sprawiała, że Miecio seplenił nawet w myślach. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Bo niby komu miałoby przeszkadzać.

Rozwinął błoniaste skrzydełka i runął w górę. Przynajmniej z jego perspektywy w górę.

Trafił prosto w płonące na środku jaskini ognisko.

- O kuffa! – wrzasnął donośnie, choć ze znanych już powodów, niewyraźnie. I wciąż wrzeszcząc wybiegł z jaskini.

*

- Co to było? – zapytał Nugra, wskazując kciukiem (przeciwstawnym) znikającą w otworze wejściowym niewielką kometę.

Szaman Mbutu, do którego skierowane było to pytanie, nie miał pojęcia. Ale przecież był szamanem nie dlatego, że przyznawał się do niewiedzy.

- To duch Wielkiego Tygrysa – zaimprowizował - pragnący zemsty za śmierć jednego ze swych dzieci.

Pogładził pieszczotliwie pręgowaną skórę, na której siedział.

- Widziałeś przecież te zęby – dodał jeszcze na wszelki wypadek, aby uniknąć dalszych pytań.

Nugra widział. Wyraźnie. Duch Wielkiego Tygrysa był bardzo materialny. Jak na ducha. Ale nie dyskutował z szamanem. Przecież to nie spory z Mbutu sprawiły, że był przywódcą stada.

Poszedł poprawić zdemolowane nieco przez Miecia ognisko.

- Ten pomysł z pocieraniem patyków nie był zły. Tylko żeby nie było z tego kiedyś jakiegoś nieszczęścia.

*

Poparzony i obolały Miecio postanowił zaszyć się gdzieś i przeczekać. W końcu nie pierwszy już raz widział jak historia ludzkości zatacza koło.

- Fyle do anfyku – myślał, przygotowując się do hibernacji w małej grocie. – Fófniej to juf fędzie z gófki.