Szach-Mat

Ocena: 
9.5
Average: 9.5 (2 votes)

Na lotnisku zapanowała złowieszcza cisza. Tłum podróżnych oczekujących na wylot zamarł z przerażenia. Ucichł gwar pasażerskich rozmów, krzyki rozwrzeszczanych dzieci zastygły w powietrzu, obracając się w dźwiękową próżnię. Tłuszcza zamarzła niczym lodowe posągi, wpatrzona w jeden konkretny punkt. Łysy, egzotycznie ubrany mężczyzna z długą jak święty Mikołaj brodą obnażył się w centrum hali, prezentując tors. Zademonstrował plastikowe laski dynamitu przyklejone do owłosionej klatki piersiowej. Ten, na pierwszy rzut oka ryżobrody hipster, trzymał w dłoni dżojstik z guzikiem, z którego wystawał  niebieski kabelek prowadzący wprost do amatorsko wykonanej bomby. Mężczyzna wpatrywał się w sparaliżowany tłum, delektując się chwilą swojego tryumfu. Zada niewiernym karę, okupując ten czyn męczeńską śmiercią. Abdul bin Ali – niegdyś Tomasz Rogowiecki – wypowiedział na głos słowa, przed którymi drżała cała Europa:

– Allahu Akbar!

Potężny huk wygrzmiał w hali odlotów. Bomba eksplodowała, rozrywając ciało Abdula na strzępy. Zakrwawione ochłapy fruwały w powietrzu, niczym wystrzelone z hukiem konfetti. Deszcz krwi opadł na marmurową posadzkę, brudząc lśniące płytki rubinową cieczą. Wybuch naruszył konstrukcję budynku, zwalając betonowe belki stropu na głowy rozhisteryzowanych pasażerów. Dziesiątki osób zakończyły żywot, grzebiąc swe pogruchotane kości pod betonowym rumowiskiem. Abdul bin Ali wykonał misję, zabijając co najmniej trzydziestu niewiernych.

*

– Zatem to jest raj? – wyszeptał wzruszony Abdul.

Macał się po całym ciele, ze zdumieniem odkrywając, że jest w jednym kawałku. Nie pamiętał niczego z samobójczej akcji, po prostu pochłonęła go fala ciemności i znalazł się tutaj. Dookoła niego rozciągała się rozległa pustynia, czuł pod stopami delikatny, miałki piasek, przyjemnie łaskoczący w stopy. Ruszył w kierunku oazy, która wyrosła przed nim nagle, niczym wyspa pośrodku wzburzonego oceanu. Wkroczył do zagajnika palm daktylowych, podziwiając kolorowy strumyk płynący korytem wzdłuż ogrodu przecudnej różnorodności. Orchidee, róże, pachnące tamaryszki i setki innych pięknych roślin porastały ten cudny ogród rozkoszy.

 Pod cieniem rozłożystego figowca, uginającego się pod ciężarem dorodnych owoców,  siedzieli dwaj mężczyźni. Grali w jakąś grę przy stole rzeźbionym z kości słoniowej. Abdul przyjrzał się im uważnie, przysiągłby, że już gdzieś te postaci widział. Zwłaszcza długowłosego mężczyznę z krótko ostrzyżoną brodą. Miał na sobie białą tunikę, przetykaną lśniącą nicią szarfę i skórzane sandały. Dłońmi, na których wciąż widoczne były ślady po ranach, przesuwał pionki po planszy do gry. Na szachownicy, zamiast klasycznych figur, zdawały się przesuwać miniaturki żywych ludzi. Kierowane wolą mężczyzny przemieszczały się na wskazane pola gry. Towarzyszący długowłosemu mężczyźnie gracz miał biały turban na głowie, oliwkową skórę i krzaczastą, ciemną brodę, po której czochrał się wychudzona prawicą. Myślał intensywnie nad kolejnym ruchem, marszcząc długi, zakrzywiony nos. Abdul rozpoznał w nim swojego Pana. Rzucił się na kolana, skamląc ze wzruszenia:

– Allahu Akbar! Oto jestem, proroku Mahomecie, wypełniłem swą misję, czekam, aż wpuścisz mnie do raju!

Mahomet ściągnął gniewnie brwi, zdenerwowany nagłym pojawieniem się intruza. Spojrzał badawczo na bladolicego brodacza, zgiętego w głębokim skłonie.

– Przykro mi, bracie, ale nic z tego nie będzie – rzucił oschle.

Rudzielec spojrzał tępo w oblicze proroka.

– Wykonałeś świetną robotę, jestem ci wdzięczny, ale nie mogę cię wpuścić do Raju.

– Dlaczego!? – oburzył się Abdul.

– Ach? – Prorok obruszył się, niezadowolony z wyniku gry. Długowłosy właśnie strącił mu pionka. – Jezus ci wszystko wyjaśni! – odparł gniewnie.

Mesjasz spojrzał z politowaniem na Abdula. Skrzyżował poranione stopy i podrapał się po bliznach na czole. Rozbawiony odrzekł:

– Tomaszu, Tomaszu. Pamiętam cię jak byłeś dziecięciem, wiecznie rozgadany, wiecznie roztrzepany! Nie uczestniczyłeś we mszy świętej, a postanowień spowiedzi nigdy nie dotrzymywałeś. Zawsze był z ciebie kiepski chrześcijanin…  ale żeby aż tak. – Pokręcił głową z dezaprobatą. – Zgrzeszyłeś, zabijając wiernych braci.

– Ale jak to?! Jestem przecież muzułmaninem!

Jezus parsknął śmiechem.

– Zostałeś ochrzczony w parafii imienia Św. Wita w Poznaniu. Nie dokonałeś aktu apostazji, nie wypisałeś się z Kościoła, więc zgodnie z prawem kanonicznym pozostałeś katolikiem. Wiesz, co cię teraz czeka? – zapytał ze skrywaną satysfakcją w głosie.

– Panie, ratuj!! – Abdul zwrócił się błagalnie do Mahometa.

Ten tylko zbywająco wzruszył ramionami:

– Sorry, bracie, takie są zasady. Trzeba było najpierw wystąpić z Kościoła. Nic nie mogę dla ciebie zrobić.

– Tomaszu, zostałeś skazany na Piekło! – odezwał się Jezus gniewnym tonem. –  A teraz idź już, bo przeszkadzasz w naszej rozgrywce!

– ROZGRYWCE?!!

– O rząd dusz – wyjaśnił spokojnie Mahomet.

– O rząd dusz – odpowiedział Jezus, wykonując ostateczny ruch – Szach-mat!

Figurka przypominająca Abdula Bin Aliego vel Tomasza Rogowieckiego została strącona z planszy.

*

Abdul ponownie znalazł się w terminalu lotniska. Kciuk ześlizgnął się z dżojstika, uruchamiając mechanizm bomby. Fala gorących płomieni rozlała się po jego ciele, rozrywając je na kawałki. Siła wybuchu stopiła kości, rozczłonkowując korpus. Ochłapy mięsa poszybowały w górę, uderzając w witryny sklepów. W tym właśnie momencie czas się zatrzymał. Nie było przeszłości ani przyszłości. Istniała tylko teraźniejszość, której treścią stał się niewyobrażalny ból odczuwany przez terrorystę. Cierpienie, które nigdy nie ustanie, które wiecznie będzie trwać. Bo w Piekle wszystko się powtarza, bez końca.

Odpowiedzi

Bardzo dobry i ciekawy tekst. Czytanie go było samą przyjemnością. Oby wszyscy terroryści kończyli w ten sposób.

Myślałem, że wyląduje u proroków w zagrodzie, gdzie owieczki i kozy będą się na niego wypróżniać i ruchać w dupe, ale przedstawione rozwiązanie i tak całkiem niezłe. Piekło zwyciężyło. Szatan górą!

MordumX