Zawiść

Ocena: 
0
Brak głosów

Wiedziałem, że to on. Oczekiwałem go od wielu godzin, zbyt wielu. Kiedy dzwonek u drzwi zadzwonił w końcu, z godnością uniosłem się z fotela i poszedłem do hallu. Odsunąłem dwie ciężkie zasuwy, które broniły mojej samotni przed niebezpieczeństwami i pokusami świata zewnętrznego oraz przed intruzami takimi, jak ten, który tak zapamiętale dobijał się do moich drzwi.

Bawiło mnie jego zniecierpliwienie. Mały, nijaki człowiek. Byle kto. Zupełnie nikt.

Zmrużyłem oczy, żeby nie oślepiło mnie światło nienawistnego dnia, i nacisnąłem klamkę.

Stał tam nieruchomo w swoim czarnym uniformie. Właśnie tak sobie go wyobrażałem.

Mierzyliśmy się przez chwile wzrokiem.

— Dzień  dobry, tutaj „Godzinka”. Przesyłeczkę mam dla pana. — wyszeptał profesjonalnie.  — Expresową. — dodał z konfidencjonalnym uśmiechem i spojrzał wymownie za siebie.

Za jego plecami wznosiła się moja zemsta.

 

***

 

Wniosłem olbrzymie pudło do pokoju, postawiłem przed kominkiem i zasiadłem w fotelu.

Poczułem suchość w ustach, w brzuchu zaś gorąco. Rozpalało się coraz mocniej i rozżarzało, jakby ktoś dosypywał koksu, coraz więcej i więcej. Delektowałem się oczekiwaniem, chwilą, która miała nadejść. Momentem, w którym cała moja zazdrość i zawiść znajdą wreszcie ujście w najbardziej poniżający ze sposobów.

Nareszcie to ja będę górą.

Czekałem i czekałem, i czekałem. I jeszcze dłużej czekałem, lecz bez skutku. Mój tryumf nie nadchodził. Pozostał jeden wypróbowany sposób.

Bigos.

Znalazłem w spiżarni dwa słoiki i pochłonąłem bez odkręcania. Żartuję. Odkręciłem, ale nie podgrzewałem. Nie miałem czasu do stracenia.

I znowu czekanie, próżne czekanie.

Znalazłem ogórki. Kiszone. I stary kefir.

Na próżno. Tkwiłem bezpłodny i nieurodzajny w moim fotelu, gapiłem się na narzędzie zemsty i nie mogłem nic poradzić. Na co narzędzie zemsty, skoro brak pretekstu do użycia go?

Trudno, powiedziałem sobie, muszę się postarać. Muszę spiąć się w sobie, zmusić do pracy, wyrzucić to z siebie.

Rozciąłem pudło i wyjąłem jedną rolkę, a potem wszedłem na piętro.

Zamknąłem za sobą drzwi i usiadłem.

Szlag by to! Nie wziąłem nic do czytania! Co teraz będę robił, czekając na moment zemsty?

A może spojrzę? Zerknę tylko, co mi szkodzi w sumie, przecież to nic wielkiego. Tylko się upewnię, umocnię w moim przekonaniu o niesprawiedliwości, jaka mnie dotknęła, kiedy to JEGO ogłoszono pisarzem roku, nie mnie. Kiedy to jego opowiadanie zdobyło główną nagrodę, a moje…

Przepadło. Przepadło w odmętach, razem z szumowinami, razem z grafomanią, razem z wypocinami licealistów, którzy nigdy w swych wędrówkach nie wyszli poza „Latarnika” i „Nad Niemnem”. I oto ja wśród nich! Pognębiony, poniżony, zrównany z glebą. Wyrzucony na śmietnik, na kompostownik!

Nigdy! Nie przeczytam gniota, który poszybował tak wysoko, podczas gdy ja pozostałem na lotnisku, bez paliwa i powietrza w oponach.

Nie przeczytam! Po moim trupie!

Przeczytałem.

I to po wielokroć. Nie umiałem się powstrzymać. Czytałem i łzy ciekły mi po policzkach. Przeczytałem całą rolkę. Całą, długą rolkę. Jego opowiadanie po trzykroć zmieściło się na niej i jeszcze trzy akapity.

Tak bardzo było mi wstyd!

Jak mogłem dać zaślepić się nienawiści do tego stopnia, żeby nawet nie przeczytać tego, co zleciłem wydrukować  na papierze toaletowym i to w trybie ekspresowym? Sto rolek! Liczyłem na miesiące złośliwej satysfakcji, a tymczasem? Cóż miałem teraz zrobić? Powinienem postawić to na półce, oprawione w skórę! Miałem w rękach arcydzieło. Opowiadanie, o którym, za sto lat, o ile tylko będzie się wtedy cokolwiek czytało, nauczać będą na lekcjach języka polskiego, a może nawet chińskiego!

Co ja powiem introligatorowi?

I, przede wszystkim, jak odpokutuję swoją winę?

Cóż zatem zrobić? Zamówić ogłoszenie z przeprosinami? Wysłać autorowi liścik i zaprosić na obiad, z ogólnikowym jedynie wytłumaczeniem okoliczności? A może….

A może napiszę opowiadanie? Autotematyczne, samobójcze, poniżające opowiadanie. Tak właśnie zrobię. Poniżę się sam!

Napiszę opowiadanie, opatrzę odpowiednią adnotacją. I adresem firmy, niech mnie tam wydrukuje ktokolwiek będzie chciał.

Ogłoszę publicznie, pokajam się.

Nic więcej nie mogę zrobić.

 

***

 

Siadam zatem szybko do pracy, tylko przygotuję maszynę. Gdzie ja miałem papier? Tak dawno nie pisałem, pół roku już będzie. Wreszcie usłyszę ten ukochany, umiłowany dźwięk. Szkoda, że dla takiego celu, ale lepszy taki, niż żaden.

I oto stawiam pierwsze słowa. Oto spływają, gorące na papier:

„Wiedziałem, że to on. Oczekiwałem go od wielu godzin, zbyt wielu. Kiedy dzwonek u drzwi zadzwonił w końcu, z godnością uniosłem się z fotela i poszedłem do hallu. Odsunąłem dwie ciężkie zasuwy, które broniły mojej samotni przed niebezpieczeństwami i pokusami świata zewnętrznego oraz przed intruzami takimi, jak ten, który tak zapamiętale dobijał się do moich drzwi"